poniedziałek, 20 stycznia 2014
Adam Miałczyński
Czas się nie kończy. Będzie wiecznie trwać. Można zepsuć zegarek.
Wskazówka może wiecznie wskazywać w pół do pierwszej. Może się kurewsko
nie chcieć otworzyć ciężkich powiek. Łóżko może być wygodne jak nigdy
wcześniej, a przecież wczoraj. Może leżenie w łóżku być szczytem marzeń.
Może kawa nie pomagać. Może zimny prysznic nie dobudzić. Nawet autobus
może nie dojechać. To tylko może. Wstań. Możliwości jest nieskończenie
wiele. Nieskończony jest czas. I wedle Ajnsztajna ludzka głupota. Ale w
mikroskali wszystko się musi kiedyś skończyć. Epoka dinozaurów.
Panowanie królów. Nawet jebana owsianka może się kiedyś skończyć. I
oprócz tego, ze miska napełniona mlekiem, do którego już nic nie wsypię,
to jeszcze umysł wypełnia się czystą nienawiścią do wszystkiego co się
rusza. Dlaczego? Dlaczego teraz, jak juz kurwa nalałem mleko do miski?!
Powoli dochodzi do świadomości poczucie jak bardzo życie jest
niesprawiedliwe. A zaraz później uświadomienie ze serce z nerwów cyka w
tempie podwójnej stopy jakiegoś cholernie ciężkiego kawałka metalowego.
Nastąpiło przebudzenie. Nerwowe przebudzenie. A więc zamiast owsianki
suchy chleb i druga kawa. Rozpuszczalna tym razem. Liofilizowana. W
białej filiżance. Smak mydlin nieopłukanej filiżanki rozpływa się w
ustach, niczym sok. Ambrozja. Wyplucie następuje do zlewozmywaka
blaszanego. Przepłukanie wnętrza twarzy strumieniem wody. Ochlapany.
Oczy same zamykają się w niemym krzyku złości. Nie zazna ukojenia dusza
zbłądzona, oj nie. Klucze. Drzwi. Schody. Kieszeń. Zapalniczka. Klik.
Łapczywe zaciągnięcie się dymem, które szkodzi, na płuca przecież działa
jak zaborca, niemiecki morderca, cyklon b. Ale ciągnę, nie umrę, nie
dzisiaj przynajmniej. Chłód przejmujący. Kostki lodu z potu pod pachami
się tworzą. Zęby szczękocom w tak tanga, jakiegoś innego tańca. Raz po
raz uderzają o siebie zęby moje, tańcząć jak gdyby konkurs taneczny to
był albo Elżbiety, ślub królowej. Idę. I idą również ciarki po
zakamarkach mojej skóry. Włosy na dupie stają dęba i jak na skrzypcach
cicho piszczeć zaczynają. Poranna niestrawność i gazy. Jak Putin
wstrzymuje, do ja nie mogę i wypuszczam gaz, i truje, i sankcje unijne
mam tamże. I autobus spóźniony, jak bym zgadł, a zgadywałem przecież. I
racje miałem i sam z sobą zakład bym wygrał. Pieniążki przepadły a
autobusu nie mia. Bo może autobus nie dojechać. Może się komuś zegarek
zepsuć. Może się kurewsko nie chcieć otworzyć ciężkich powiek. Łóżko
może być wygodne jak nigdy wcześniej, a przecież wczoraj. Może leżenie w
łóżku być szczytem marzeń. Ale może ktoś inne marzenia mieć. Wyjechać.
Do ciepłych krajów na ten przykład, gdzie słońce świeci i przypieka i
skórkę zarumienia. Gdzie panie tańczą hula i nie hop bynajmniej, do
łóżka komuś chyba że... Gdzie ptaki ćwierkają jakoś inaczej. Weselej niż
tutaj...
wtorek, 10 grudnia 2013
Szyderczy Uśmiech Lisa
Zaczął już padać śnieg. To nic dziwnego w grudniu. Tak samo jak szybko zapadająca ciemność i ogólna niechęć do czegokolwiek. Ten dzień nie był niezwykły. Gorzej. W kolekcji dni z
pewnością znajdował się poniżej przeciętnej. I może dlatego wlaśnie wtedy zaczyna się ta opowieść. Lejdi Blu przedzierała się dzielnie przez wiejące ze wszystkich stron wiatry i śniegi.
Temperatura mimo, że niewiele poniżej zera - była nie do zniesienia. Lejdi Blu ubrana w tani niebieski filcowy płaszczyk, otulona szczelnie szalikiem, dygotała. Wiatr hulał po wszystkich jej zakamarkach, przechodząć przez warstwy ubrań jak nóż przez masło. Wydawało się, że drogi nie będzie końca. Mimo, że godzina nie była późna, w mieście nie było nikogo. Szła sama, dygocąc z zimna i ze strachu. W momentach takich jak te, pojawia się irracjonalny strach, przed nieokreślonym niebezpieczeństwem i sytuacją, gdzie nie będzie nikogo, kto mógłby pomóc. Sięgnęła ręka do kieszeni płaszcza i wyjęła srebrną papierośnice. Otworzyła ją z cichym kliknięciem i wydobyła papierosa. Umiesciła między wargami posmarowanymi szminką w odcieniu kurewskiej czerwieni. Nie mogła sobie poradzić z obsługą zapalniczki. Jej zmarzłe palce odmawiały posłuszeństwa, a wiatr dodatkowo utrudniał to zadanie. Kobieta postanowiła stanąć za winklem i osłonić się przed igrającym z nią wiatrem. W końcu udało się. Końcówka papierosa rozżarzała się gorącą czerwienia, Lejdi mogła sie zaciągnąć trującym dymem. Delektowała się smakiem papierosa przez ułamek sekundy, poczym ruszyła dalej. Kiedy przechodziła przez most, jej drogę zagrodził Lis. Stanęła sparaliżowana strachem, mimo, ze Lis był dosyć daleko. Wpatrywał sie w nią swoim lisim spojrzeniem i wydawało się, że się lisio uśmiecha. Chociaż to mógł być szyderczy uśmiech. Szyderczy Uśmiech Lisa. Lejdi Blu zamrugała kilkukrotnie, upewniając się, ze to nie są przywidzenia. Nie były. Kobieta stała, dygocąc z zimna. Stał też Lis, obdarowując ją szyderczym uśmiechem. Postali tak kilka chwil, po czym Lis postanowił przebiec przez most i czmychnąć w zarośla.
- To nie było normalne - przeleciało przez myśl Lejdi Blu. Przeleciał również wiatr, uświadamiając ją, ze jest ubrana stanowczo za lekko, jak na tę porę roku. Nie wiele myśląc ruszyła drepcząc spiesznie w stronę dworca. W dalszym ciągu nigdzie nikogo nie było. Na ulicy świeciły się latarnie, rzucając swoje żółte światło. Płatki śniegu opadały majestatycznie, utrudniając widoczność spieszącej się kobiecie. Kiedy wchodziła po oblodzonych schodach, niemal nie skręciła kostki.
- Cholera jasna - rzuciła sama do siebie. Jasna była również iluminacja zegara na stacji, która wskazywała za dwudziestą pierwszą trzydzieści dwie. Lejdi Blu mając jeszcze pięć minut do przyjazdu pociągu Donikąd postanowiła zapalić kolejnego papierosa, po wgramoleniu się na peron. Ogarnęło ją zdziwienie. Peron był pusty. Tak jak jej papierośnica, w której jeszcze niedawno znajdowały się papierosy. - To nie było normalne - przeleciało przez myśl ponownie. I ponownie przeleciał wiatr, dając upust swoim wiatrowym, mroźnym fantazjom, a kobietę ucząc, że powinna ubierać się cieplej, o tej porze roku. Godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści pięć. Pociąg bez opóźnienia wjechał na peron. Ledji Blu przeciągnęła wzrokiem po całej długości pociągu.
Nikt z niego nie wyszedł. Weszła więc sama i w napięciu przeszła obok przedziału pierwszego. Był zupełnie pusty. Postanowiła przejść całą długość jednego wagonu i sprawdzić pozostałe przedziały. W w drugim nie było nikogo. Tak samo w trzecim i kolejnym. Cały wagon świecił pustkami. I świeciły również jarzeniówki, ale one przygasały, jak to w starych pociągach było. Lejdi Blu wybrała dla siebie miejsce w przedziale środkowym. Usiadła na fotelu i próbowała ogrzać swoje zmarznięte dłonie i przemarznięte stopy. Pociąg ruszył powoli. Majestatyczny, jednolity stukot kół narzucał tempo myślom Lejdi Blu. Ale kobieta nie wiedziała o czym ma myśleć. W pewnym momencie usłyszała kroki. Serce podskoczyło jej do gardła, a na skórze pojawiła się gęsia skórka, nie mająca nic wspólnego z zimnem. Wtem zauważyła go. Przez przeszklone ściany przedziału zobaczyła konduktora ubranego w niebieski uniform kolei państwowych. Szedł z pochyloną głową, także nie mogła widzieć jego twarzy. Zamiast tego przed oczami miała wierzch konduktorskiej czapki. Jego ręka w czarnej skórzanej rękawiczce powoli chwyciła klamkę i odsunęła drzwi. Konduktor wszedł powoli majestatycznym krokiem i odwrócił się do drzwi majstrując przy zamku. Odwrócił się do Lejdi Blu i podniósł głowę. Kobieta niemal nie dostała zawału. Jej ciało zaczęło dygotać. Konduktor stanął tak, ze świetlówka oświetlała jego głowę. W jego oczach odbijało się śmiertelnie przerażone odbicie kobiety. W jego lisich oczach... Stał tak i uśmiechał się do niej szyderczo. Nie był to człowiek. A z pewnością nie miał ludzkiej głowy. Patrzyły na nią te same lisie oczy co na moście. Konduktor podarował jej Szyderczy Uśmiech Lisa. Kobieta zaczęła wrzeszczeć. Krzyczała ile sił. Bała się tego momentu. Momentu w którym pojawia się irracjonalny strach, przed nieokreślonym niebezpieczeństwem i sytuacją, gdzie nie będzie nikogo, kto mógłby pomóc. Błagała go. Prosiła żeby przestał. Żeby ją zabił. Żeby skończył z nią, albo w jakiś sposób ją skrzywdził. A on tylko stał i patrzył. Uśmiechał się szyderczo, a ona skamlała prosząc o litość. Ale w nim nie było litości. Był tylko Szyderczy Uśmiech Lisa.
pewnością znajdował się poniżej przeciętnej. I może dlatego wlaśnie wtedy zaczyna się ta opowieść. Lejdi Blu przedzierała się dzielnie przez wiejące ze wszystkich stron wiatry i śniegi.
Temperatura mimo, że niewiele poniżej zera - była nie do zniesienia. Lejdi Blu ubrana w tani niebieski filcowy płaszczyk, otulona szczelnie szalikiem, dygotała. Wiatr hulał po wszystkich jej zakamarkach, przechodząć przez warstwy ubrań jak nóż przez masło. Wydawało się, że drogi nie będzie końca. Mimo, że godzina nie była późna, w mieście nie było nikogo. Szła sama, dygocąc z zimna i ze strachu. W momentach takich jak te, pojawia się irracjonalny strach, przed nieokreślonym niebezpieczeństwem i sytuacją, gdzie nie będzie nikogo, kto mógłby pomóc. Sięgnęła ręka do kieszeni płaszcza i wyjęła srebrną papierośnice. Otworzyła ją z cichym kliknięciem i wydobyła papierosa. Umiesciła między wargami posmarowanymi szminką w odcieniu kurewskiej czerwieni. Nie mogła sobie poradzić z obsługą zapalniczki. Jej zmarzłe palce odmawiały posłuszeństwa, a wiatr dodatkowo utrudniał to zadanie. Kobieta postanowiła stanąć za winklem i osłonić się przed igrającym z nią wiatrem. W końcu udało się. Końcówka papierosa rozżarzała się gorącą czerwienia, Lejdi mogła sie zaciągnąć trującym dymem. Delektowała się smakiem papierosa przez ułamek sekundy, poczym ruszyła dalej. Kiedy przechodziła przez most, jej drogę zagrodził Lis. Stanęła sparaliżowana strachem, mimo, ze Lis był dosyć daleko. Wpatrywał sie w nią swoim lisim spojrzeniem i wydawało się, że się lisio uśmiecha. Chociaż to mógł być szyderczy uśmiech. Szyderczy Uśmiech Lisa. Lejdi Blu zamrugała kilkukrotnie, upewniając się, ze to nie są przywidzenia. Nie były. Kobieta stała, dygocąc z zimna. Stał też Lis, obdarowując ją szyderczym uśmiechem. Postali tak kilka chwil, po czym Lis postanowił przebiec przez most i czmychnąć w zarośla.
- To nie było normalne - przeleciało przez myśl Lejdi Blu. Przeleciał również wiatr, uświadamiając ją, ze jest ubrana stanowczo za lekko, jak na tę porę roku. Nie wiele myśląc ruszyła drepcząc spiesznie w stronę dworca. W dalszym ciągu nigdzie nikogo nie było. Na ulicy świeciły się latarnie, rzucając swoje żółte światło. Płatki śniegu opadały majestatycznie, utrudniając widoczność spieszącej się kobiecie. Kiedy wchodziła po oblodzonych schodach, niemal nie skręciła kostki.
- Cholera jasna - rzuciła sama do siebie. Jasna była również iluminacja zegara na stacji, która wskazywała za dwudziestą pierwszą trzydzieści dwie. Lejdi Blu mając jeszcze pięć minut do przyjazdu pociągu Donikąd postanowiła zapalić kolejnego papierosa, po wgramoleniu się na peron. Ogarnęło ją zdziwienie. Peron był pusty. Tak jak jej papierośnica, w której jeszcze niedawno znajdowały się papierosy. - To nie było normalne - przeleciało przez myśl ponownie. I ponownie przeleciał wiatr, dając upust swoim wiatrowym, mroźnym fantazjom, a kobietę ucząc, że powinna ubierać się cieplej, o tej porze roku. Godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści pięć. Pociąg bez opóźnienia wjechał na peron. Ledji Blu przeciągnęła wzrokiem po całej długości pociągu.
Nikt z niego nie wyszedł. Weszła więc sama i w napięciu przeszła obok przedziału pierwszego. Był zupełnie pusty. Postanowiła przejść całą długość jednego wagonu i sprawdzić pozostałe przedziały. W w drugim nie było nikogo. Tak samo w trzecim i kolejnym. Cały wagon świecił pustkami. I świeciły również jarzeniówki, ale one przygasały, jak to w starych pociągach było. Lejdi Blu wybrała dla siebie miejsce w przedziale środkowym. Usiadła na fotelu i próbowała ogrzać swoje zmarznięte dłonie i przemarznięte stopy. Pociąg ruszył powoli. Majestatyczny, jednolity stukot kół narzucał tempo myślom Lejdi Blu. Ale kobieta nie wiedziała o czym ma myśleć. W pewnym momencie usłyszała kroki. Serce podskoczyło jej do gardła, a na skórze pojawiła się gęsia skórka, nie mająca nic wspólnego z zimnem. Wtem zauważyła go. Przez przeszklone ściany przedziału zobaczyła konduktora ubranego w niebieski uniform kolei państwowych. Szedł z pochyloną głową, także nie mogła widzieć jego twarzy. Zamiast tego przed oczami miała wierzch konduktorskiej czapki. Jego ręka w czarnej skórzanej rękawiczce powoli chwyciła klamkę i odsunęła drzwi. Konduktor wszedł powoli majestatycznym krokiem i odwrócił się do drzwi majstrując przy zamku. Odwrócił się do Lejdi Blu i podniósł głowę. Kobieta niemal nie dostała zawału. Jej ciało zaczęło dygotać. Konduktor stanął tak, ze świetlówka oświetlała jego głowę. W jego oczach odbijało się śmiertelnie przerażone odbicie kobiety. W jego lisich oczach... Stał tak i uśmiechał się do niej szyderczo. Nie był to człowiek. A z pewnością nie miał ludzkiej głowy. Patrzyły na nią te same lisie oczy co na moście. Konduktor podarował jej Szyderczy Uśmiech Lisa. Kobieta zaczęła wrzeszczeć. Krzyczała ile sił. Bała się tego momentu. Momentu w którym pojawia się irracjonalny strach, przed nieokreślonym niebezpieczeństwem i sytuacją, gdzie nie będzie nikogo, kto mógłby pomóc. Błagała go. Prosiła żeby przestał. Żeby ją zabił. Żeby skończył z nią, albo w jakiś sposób ją skrzywdził. A on tylko stał i patrzył. Uśmiechał się szyderczo, a ona skamlała prosząc o litość. Ale w nim nie było litości. Był tylko Szyderczy Uśmiech Lisa.
piątek, 6 grudnia 2013
Rakieta 01
Lekcje skończyliśmy wcześniej. Gościówka od majzy się pochorowała, na polskim dyktando, tośmy mogli się zerwać wcześniej. Kto by usiedział w szkole siedem lekcji. To jakaś tortura, naprawdę. Poszliśmy z chłopakami na boisko. Rozglądamy się, a bramek nie ma. Kurdebele. Ukradli bramki. Na złom złodzieje wywiezły... No nic. Mowie chłopakom, żebyśmy brameczki zrobili z plecaków. Położyliśmy jeden plecak, odmierzyliśmy dwadzieścia kroków tak samo z jednej i drugiej strony. Ja i Grzesiek wybieraliśmy składy. To znaczy ja wybrałem Maćka a Grzesiek wybrał Tomka. Ustaliliśmy, że bramkarz lotny. Chcemy rozpoczynać grę, kiedy zorientowaliśmy się, że żaden z nas nie posiada piłki. Rozczarowanie jakie pojawiło się na naszych młodych buziach było nie do opisania. Musieliśmy przegryźć orzech porażki i stwierdziliśmy ze zwyczajnie sobie pobiegamy. Tak żeśmy biegli ze dobiegliśmy do lasku za boiskiem. A tam były wysypane śmieci. Ale nie takie zwykłe jak u każdego normalnego człowieka pod zlewem. Czego tam nie było. Takie cudeńka.. Kartony jakieś ogromne, zepsuta lodówka, stary telewizor... Oczy nam się świeciły jak pinć złoty. Cała czwórka, jak jeden mąż rzuciła plecaki i zaczęliśmy majstrowanie. Nie mielimy narzędzi, dlatego na misje specjalna oddelegowaliśmy Grześka. Kiedy on biegł do taty po narzędzia, czyli taśmę klejąca i śrubokręt, my przeglądaliśmy skarby jakie na nas czekały.
Grzesiek przybiegł z powrotem, więc zabraliśmy się do roboty. Cała nasza czwórka czuła się w tym wspaniale. Czterech inżynierów, którzy zaraz pokażą światu swoje największe osiągnięcie. Mmmm. Wyglądała wspaniale. Rakieta "Rakieta 01". Otworzyłem właz i pierwszy wszedłem z gracją do środka. Następnie próbował się wgramolić Maciek. Dla Tomka i Grześka nie było już miejsca. Chłopaki niechętnie dali się przekonać, ze są potrzebni tutaj jako obsługa misji kosmicznych. Kiedy odsunęli się od pola startowego, ja zatrzasnąłem klapę i uruchomiłem zasilanie. Rozpoczęliśmy procedurę startu. Silniki zawyły. Kiedy odliczanie dobiegło końca, poczułem szarpniecie w żołądku. Wznosiliśmy się. Na bieżąco kontrolowałem start na zegarach. Kiedy znaleźliśmy się w przestrzeni, włączyłem autopilota. Zjedliśmy z Maćkiem czekoladę i sprawdziliśmy co mamy w kieszeniach. Maciek miał metalową broszkę, ja paczkę miętusów. No cóż. Jako załoga pionierów, musieliśmy sobie poradzić z tym co mieliśmy. Nagle usłyszałem pstryknięcie jak przy zwarciu, a komputer pokładowy zaczął wariować. Zboczyliśmy z kursu i nie wiedzieliśmy gdzie się znajdujemy. Komputer nie odpowiadał. To było straszne. Nigdy nie bałem się tak o własne życie. Rakieta 01 zaczęła obracać się bezwładnie. W końcu coś zaskoczyło i zegary pokazały jakieś dziwne koordynaty. Komputer samoczynnie wykonał manewr lądowania. Wyglądało na to że się nie
rozbijemy. Ale to tyko tak wyglądało. Jak pieprznęliśmy o ziemię, to wzbiły się takie kłęby dymu, jak przy wybuchu Eyjafjallajökull. Jednak obaj żyliśmy. To był cud. Maciek odbezpieczył właz i wyszedł z Rakiety 01. Ja wyszedłem za nim. Powietrze i ciśnienie było w normie. Zupełnie jak u nas. Za to krajobraz wyglądał zdecydowanie bardziej dziko. Rozbita rakieta utworzyła krater w ziemi, jednak huk nie sprowadził w to miejsce nikogo. - Chyba mamy szczęście, że żyjemy - powiedziałem
uśmiechnięty do Maćka i uścisnąłem go. - To mały krok dla ludzkości, a wielki dla człowieka - powiedziałem podniosłym tonem. Rozejrzeliśmy się niespokojnie. Powietrze było gęste. Wyczuwało się w nim niebezpieczeństwo. Wszystkie latarnie wydawały się działać zupełnie inaczej niż powinny. Wydawało się, że zioną mrokiem. Niespokojnym krokiem ruszyliśmy przed siebie. Nie doszliśmy nigdzie. To znaczy była jakaś osada, przed nią tabliczka z napisem w jakimś dziwnym języku obcej cywilizacji. Było napisane "Mo'n'hcollno" Ale w dalszym ciągu staliśmy po środku niczego. Słychać było dzikie wycie. Włos jeżył się na głowie. Wtem z krzaków wyszły dziwnie wyglądające postacie. Niby ludzkie, ale dziwnie zdeformowane. Tkanka tłuszczowa wystawała w niespodziewanych miejscach i byli to osobnicy bardzo niscy. Baliśmy się, że nie damy rady się z nimi porozumieć, ale dźwięki jakie wydawali otwierając paszcze były znajome. - Skąd jesteście? Widzę, że nie tutejsi....
- odezwała się jedna z postaci. - Owszem, my pochodzimy z bardzo daleka. - odpowiedziałem, wolno artykułując słowa. - To wspaniale! -odpowiedziała druga postać. - Czas wyswatać nasze dzierlatki! - Dokończyła podekscytowanym tonem. Złapali nas za ręce i musieliśmy pobiec z nimi do starego domu w stylu wczesnego Gierka, otoczonym pordzewiałą siatką. - Przed weselem Grubernatorka chce się z wami zobaczyć. - powiedziała jedna z istot stojąca najbliżej
mnie, kiedy przekraczaliśmy próg. To co zobaczyłem, przypomniało mi scenę z Gwiezdnych Wojen. Jabba the Hutt. Nie wiadomo było czy Grubernatorka siedzi czy leży. Jej plecy wyłaniały się z nieprzebranych fal tkanki tłuczowej. Zauważyłem ze przynajmniej miała wygodnie. Leżące na posadzce piersi z powodzeniem służyły jej za podnóżek. Twarz przypominała rozgotowanego pieroga z krzywo nałożonym makijażem. Chociaż "nałożonym" to nie najlepsze słowo, bo ten makijaż równie dobrze mógł być odciśnięty od jakiejś dziwnej formy. Do dziś nie wiem, jakie tam panują zwyczaje. Wracając do historii. Grubernatorka wydała z siebie niskie chrapliwe dźwięki, których nie rozumieliśmy. Z pomocą przyszły postacie z naszej eskorty. - Posag. Potrzebujecie posagu. - podpowiedziała postać stojąca bliżej Maćka. A wiec wyciągnęliśmy to co mieliśmy w kieszeniach. Moja paczka miętusów i metalowa broszka Maćka. Oczy Grubernatorki zalśniły z pożądaniem. Wyciągnęła swoje łapsko, czy powinienem raczej użyć określenia "macka" i odebrała nam nasz dobytek. Kazano nam opuścić dom Grubernatorki. Wychodząc zauważyliśmy na podwórku samochody, balony i dziwnych ludzi uśmiechających się do nas. Aha. Goście weselni, pomyślałem zrezygnowany. Rozdzielono mnie i Maćka. Poszedłem za jedną z postaci do domu za skarpą. W jego sąsiedztwie stał inny dom, a gospodarz chodził w kółko chwiejnym krokiem i bluzgał zawzięcie na wszystko co się ruszało. Na moje nieszczęście ja również się ruszałem. Zostałem zbluzgany aż w pięty mi poszło. Takich plugawych słów nawet nie znałem i wątpię czy znajdują się w słowniku. - A od pana wali alkoholem! - rzuciłem mu krótko zdezorientowany. Tylko na to mię było stać. Mężczyzna spojrzał na mnie wrogim spojrzeniem, po czym splunął na okno domu, do którego wchodziłem. Myślałem ze zostanę zaatakowany, ale szalony mężczyzna poprzestał jedynie na wydaleniu płynów swojej jamy ustnej na powierzchnię szybno-okienną. Nogi miałem jak z waty, kiedy wchodziłem do przedpokoju. Towarzysząca mi postać zagwizdała trzykrotnie. Nie trzeba być Szerlokiem, aby domyśleć się, że to sygnał. Wtem przed moimi oczami pojawiła się złotowłosa przedstawicielka gatunku zamieszkałego w Mo'n'hcollno. Uścisnęliśmy sobie dłoń. Tylko tyle i aż tyle. Zdziwiłem się, że idąc zaraz do ślubnego kobierca uścisnęliśmy sobie dłoń. Na miły bóg, jak bardzo się myliłem... Do ślubu była jeszcze długa droga, ale po kolei. - Jakie imię nosisz? - zapytałem wolno, tak aby zrozumiała. - Czemu tak do mnie dziwnie mówisz? Mów normalnie. Nie wygłupiaj się. Yutzhnya jestem. - odpowiedziała uśmiechając się do mnie. W odpowiedzi usłyszała moje imię, ale kiedy tylko skończyłem je wypowiadać, czyjeś ręce zacisnęły się na moich ramionach i odciągały mnie od niej. W końcu zapadła ciemność.... Nie dosłownie. Ktoś zarzucił mi worek po kartoflach na głowę. W dodatku osikany przez kota. Jak mieć pecha to po całości. Ściągnięto mi go kiedy już zaczynałem tracić przytomność z powodu smrodu. Znajdowałem się w klatce. Kiedy odzyskałem możliwość normalnego widzenia, zorientowałem się, że nie tylko ja jestem w klatce zamkniony. Obok mnie, w drugiej klatce Maciek tak samo przyzwyczajał swoje oczy. Widzieliśmy stoły nakryte białym obrusem, na stołach wódka i zakąski, oraz ozdobne kwiaty. Co jakiś czas pęki baloników. Weselnicy patrzyli na nas wesoło wymieniając swoje spostrzeżenia na nasz temat. W końcu wytoczono Grubernatorkę na drewnianej taczce. Zachrypiała okropnie a, ktoś stojący za nami tłumaczył jej ryk. - Drodzy przyjaciele. Zebraliśmy się tutaj, aby celebrować radosna nowinę. Ci oto dwaj nietutejsi wezmą sobie za żonę nasze piękne krajanki. Ale zanim dojdzie do "wzięcia" będą musieli najpierw panienki zdobyć. Ku naszej uciesze bracia i siostry. Igrzyska czas zacząć! - krzyknął radośnie jakiś osobnik za naszymi plecami. Pierwszym zadaniem okazało się przebiegnięcie bez strat w zdrowiu, szczęściu, pomyślności przez trzypasmową kosmostradę, przez którą pędziły dziwne pojazdy. Niewykonalne, pomyślałem sobie. Pierwszy pobiegł Maciek. Pierwszy pas, drugi pas i jak na nieszczęście na trzecim pasie został draśnięty. Całe szczęście ze w porę zdążył uskoczyć w bok, bowiem niewiele brakowało do pogrzebu. Swoją drogą ciekaw byłem czy pogrzeby są tu równie uroczyste i bogate w atrakcje dodatkowe jak wesela. Nadeszła moja kolej. Serce pompowało mi czystą adrenalinę. Wiatr we włosach i poczucie, ze mogę wszystko. Zamknąłem oczy i ruszyłem przed siebie. Nie wiem jak to się stało, ale udało się. A jednak nie do końca. Kiedy otworzyłem oczy, stałem na drugim pasie. Kątem oka zauważyłem zbliżający się pojazd. Nie wiedziałem co robić. Wszystko do okola zwolniło. Pomyślałem sobie, że jak Maciek dobiegł to ja nie dobiegnę? Spiąłem pośladki i dobiegłem . Uff. Pierwsze zadanie zakończone powodzeniem u mnie i u Maćka. Serce biło mi szalenie szybko. Drugim zadaniem było podłączenie internetu do komputera Grubernatorki. Problem był taki, ze Grubernatorka nie miała już komputera. Najwyraźniej wzięła sobie wyrażenie "siedzieć na komputerze" zbyt dosłownie. Drugie zadanie zostało nam zaliczone z przyczyn technicznych. Nastała pora na trzecie i finałowe zadanie. Wyścigi traktorów. Zajęliśmy miejsca i ruszyliśmy. Następne co pamiętam z tego czasu to czerń. Obudziło mnie chrumkanie prosiaka. Leżałem na prowizorycznym łóżku zbitym z nieoszlifowanych desek gdzieś w chlewie, w którym zaimprowizowano punkt pierwszej pomocy. Nie wiedziałem co się wydarzyło na wyścigach. Dowiedziałem się później, że trzeba było zrobić trzy okrążenia, a ja nie potrafiłem ruszyć. Wciskałem gaz, na zmianę bieg pierwszy z wstecznym i mój traktor rzucało raz do przodu, raz do tyłu, jednak za każdym razem przekraczałem cienka linię startomety, kiedy inni zawodnicy starali się regularnie pokonywać dystans. Jednak pech chciał, że wjechałem do rowu. Całe szczęście że miałem zaliczone zadanie. Oficjalnie stałem się zwycięzcą. Kiedy moja rekonwalescencja dobiegła końca, poszedłem do sali, w której miała się odbyć ceremonia zaślubin. Na środku wielkiej sali siedziała w taczce Grubernatorka. Yutzhnya stała obok mnie dzierżąc w dłoniach bukiet pokrzyw. Podbiegłem do niej. Popatrzyła się na mnie pytającym wzrokiem. - Co dla mnie masz? - zapytała w końcu. Wsadziłem rękę do kieszeni, po czym wyciągnąłem walającego się luzem w kieszeni miętusa. Całe szczęście, ze był w papierku. Włożyłem jej delia tnie do ręki. Ona szybko go zjadła i złapała mnie za rękę. Poczułem dotyk czegoś zimnego i szorstkiego. Spojrzałem na dłoń. Na jej środku leżał kamień. Ładny kamień, bo lubię kamienie. Grubernatorka zawyła radośnie, co odebrałem za potwierdzenie zaślubin. Wybiegliśmy radośnie na podwórko, na którym miało się odbywać wesele, jednak było już po wszystkim. Wszyscy weselnicy zalani w trupa leżeli porozkładani dookoła stołu chrapiąc donośnie. Wódki już dawno nie było, i wszystko było zjedzone. Widocznie weselnicy zaczęli świętować już podczas igrzysk ślubnych. Niewiele mnie to interesowało. W ramach podróży poślubnej dostaliśmy wszakże karnet na mszę, a po mszy zakupy w biedronce i bon na dziesięć złotych. Wszyscy żyliśmy długo i szczęśliwie.
Grzesiek przybiegł z powrotem, więc zabraliśmy się do roboty. Cała nasza czwórka czuła się w tym wspaniale. Czterech inżynierów, którzy zaraz pokażą światu swoje największe osiągnięcie. Mmmm. Wyglądała wspaniale. Rakieta "Rakieta 01". Otworzyłem właz i pierwszy wszedłem z gracją do środka. Następnie próbował się wgramolić Maciek. Dla Tomka i Grześka nie było już miejsca. Chłopaki niechętnie dali się przekonać, ze są potrzebni tutaj jako obsługa misji kosmicznych. Kiedy odsunęli się od pola startowego, ja zatrzasnąłem klapę i uruchomiłem zasilanie. Rozpoczęliśmy procedurę startu. Silniki zawyły. Kiedy odliczanie dobiegło końca, poczułem szarpniecie w żołądku. Wznosiliśmy się. Na bieżąco kontrolowałem start na zegarach. Kiedy znaleźliśmy się w przestrzeni, włączyłem autopilota. Zjedliśmy z Maćkiem czekoladę i sprawdziliśmy co mamy w kieszeniach. Maciek miał metalową broszkę, ja paczkę miętusów. No cóż. Jako załoga pionierów, musieliśmy sobie poradzić z tym co mieliśmy. Nagle usłyszałem pstryknięcie jak przy zwarciu, a komputer pokładowy zaczął wariować. Zboczyliśmy z kursu i nie wiedzieliśmy gdzie się znajdujemy. Komputer nie odpowiadał. To było straszne. Nigdy nie bałem się tak o własne życie. Rakieta 01 zaczęła obracać się bezwładnie. W końcu coś zaskoczyło i zegary pokazały jakieś dziwne koordynaty. Komputer samoczynnie wykonał manewr lądowania. Wyglądało na to że się nie
rozbijemy. Ale to tyko tak wyglądało. Jak pieprznęliśmy o ziemię, to wzbiły się takie kłęby dymu, jak przy wybuchu Eyjafjallajökull. Jednak obaj żyliśmy. To był cud. Maciek odbezpieczył właz i wyszedł z Rakiety 01. Ja wyszedłem za nim. Powietrze i ciśnienie było w normie. Zupełnie jak u nas. Za to krajobraz wyglądał zdecydowanie bardziej dziko. Rozbita rakieta utworzyła krater w ziemi, jednak huk nie sprowadził w to miejsce nikogo. - Chyba mamy szczęście, że żyjemy - powiedziałem
uśmiechnięty do Maćka i uścisnąłem go. - To mały krok dla ludzkości, a wielki dla człowieka - powiedziałem podniosłym tonem. Rozejrzeliśmy się niespokojnie. Powietrze było gęste. Wyczuwało się w nim niebezpieczeństwo. Wszystkie latarnie wydawały się działać zupełnie inaczej niż powinny. Wydawało się, że zioną mrokiem. Niespokojnym krokiem ruszyliśmy przed siebie. Nie doszliśmy nigdzie. To znaczy była jakaś osada, przed nią tabliczka z napisem w jakimś dziwnym języku obcej cywilizacji. Było napisane "Mo'n'hcollno" Ale w dalszym ciągu staliśmy po środku niczego. Słychać było dzikie wycie. Włos jeżył się na głowie. Wtem z krzaków wyszły dziwnie wyglądające postacie. Niby ludzkie, ale dziwnie zdeformowane. Tkanka tłuszczowa wystawała w niespodziewanych miejscach i byli to osobnicy bardzo niscy. Baliśmy się, że nie damy rady się z nimi porozumieć, ale dźwięki jakie wydawali otwierając paszcze były znajome. - Skąd jesteście? Widzę, że nie tutejsi....
- odezwała się jedna z postaci. - Owszem, my pochodzimy z bardzo daleka. - odpowiedziałem, wolno artykułując słowa. - To wspaniale! -odpowiedziała druga postać. - Czas wyswatać nasze dzierlatki! - Dokończyła podekscytowanym tonem. Złapali nas za ręce i musieliśmy pobiec z nimi do starego domu w stylu wczesnego Gierka, otoczonym pordzewiałą siatką. - Przed weselem Grubernatorka chce się z wami zobaczyć. - powiedziała jedna z istot stojąca najbliżej
mnie, kiedy przekraczaliśmy próg. To co zobaczyłem, przypomniało mi scenę z Gwiezdnych Wojen. Jabba the Hutt. Nie wiadomo było czy Grubernatorka siedzi czy leży. Jej plecy wyłaniały się z nieprzebranych fal tkanki tłuczowej. Zauważyłem ze przynajmniej miała wygodnie. Leżące na posadzce piersi z powodzeniem służyły jej za podnóżek. Twarz przypominała rozgotowanego pieroga z krzywo nałożonym makijażem. Chociaż "nałożonym" to nie najlepsze słowo, bo ten makijaż równie dobrze mógł być odciśnięty od jakiejś dziwnej formy. Do dziś nie wiem, jakie tam panują zwyczaje. Wracając do historii. Grubernatorka wydała z siebie niskie chrapliwe dźwięki, których nie rozumieliśmy. Z pomocą przyszły postacie z naszej eskorty. - Posag. Potrzebujecie posagu. - podpowiedziała postać stojąca bliżej Maćka. A wiec wyciągnęliśmy to co mieliśmy w kieszeniach. Moja paczka miętusów i metalowa broszka Maćka. Oczy Grubernatorki zalśniły z pożądaniem. Wyciągnęła swoje łapsko, czy powinienem raczej użyć określenia "macka" i odebrała nam nasz dobytek. Kazano nam opuścić dom Grubernatorki. Wychodząc zauważyliśmy na podwórku samochody, balony i dziwnych ludzi uśmiechających się do nas. Aha. Goście weselni, pomyślałem zrezygnowany. Rozdzielono mnie i Maćka. Poszedłem za jedną z postaci do domu za skarpą. W jego sąsiedztwie stał inny dom, a gospodarz chodził w kółko chwiejnym krokiem i bluzgał zawzięcie na wszystko co się ruszało. Na moje nieszczęście ja również się ruszałem. Zostałem zbluzgany aż w pięty mi poszło. Takich plugawych słów nawet nie znałem i wątpię czy znajdują się w słowniku. - A od pana wali alkoholem! - rzuciłem mu krótko zdezorientowany. Tylko na to mię było stać. Mężczyzna spojrzał na mnie wrogim spojrzeniem, po czym splunął na okno domu, do którego wchodziłem. Myślałem ze zostanę zaatakowany, ale szalony mężczyzna poprzestał jedynie na wydaleniu płynów swojej jamy ustnej na powierzchnię szybno-okienną. Nogi miałem jak z waty, kiedy wchodziłem do przedpokoju. Towarzysząca mi postać zagwizdała trzykrotnie. Nie trzeba być Szerlokiem, aby domyśleć się, że to sygnał. Wtem przed moimi oczami pojawiła się złotowłosa przedstawicielka gatunku zamieszkałego w Mo'n'hcollno. Uścisnęliśmy sobie dłoń. Tylko tyle i aż tyle. Zdziwiłem się, że idąc zaraz do ślubnego kobierca uścisnęliśmy sobie dłoń. Na miły bóg, jak bardzo się myliłem... Do ślubu była jeszcze długa droga, ale po kolei. - Jakie imię nosisz? - zapytałem wolno, tak aby zrozumiała. - Czemu tak do mnie dziwnie mówisz? Mów normalnie. Nie wygłupiaj się. Yutzhnya jestem. - odpowiedziała uśmiechając się do mnie. W odpowiedzi usłyszała moje imię, ale kiedy tylko skończyłem je wypowiadać, czyjeś ręce zacisnęły się na moich ramionach i odciągały mnie od niej. W końcu zapadła ciemność.... Nie dosłownie. Ktoś zarzucił mi worek po kartoflach na głowę. W dodatku osikany przez kota. Jak mieć pecha to po całości. Ściągnięto mi go kiedy już zaczynałem tracić przytomność z powodu smrodu. Znajdowałem się w klatce. Kiedy odzyskałem możliwość normalnego widzenia, zorientowałem się, że nie tylko ja jestem w klatce zamkniony. Obok mnie, w drugiej klatce Maciek tak samo przyzwyczajał swoje oczy. Widzieliśmy stoły nakryte białym obrusem, na stołach wódka i zakąski, oraz ozdobne kwiaty. Co jakiś czas pęki baloników. Weselnicy patrzyli na nas wesoło wymieniając swoje spostrzeżenia na nasz temat. W końcu wytoczono Grubernatorkę na drewnianej taczce. Zachrypiała okropnie a, ktoś stojący za nami tłumaczył jej ryk. - Drodzy przyjaciele. Zebraliśmy się tutaj, aby celebrować radosna nowinę. Ci oto dwaj nietutejsi wezmą sobie za żonę nasze piękne krajanki. Ale zanim dojdzie do "wzięcia" będą musieli najpierw panienki zdobyć. Ku naszej uciesze bracia i siostry. Igrzyska czas zacząć! - krzyknął radośnie jakiś osobnik za naszymi plecami. Pierwszym zadaniem okazało się przebiegnięcie bez strat w zdrowiu, szczęściu, pomyślności przez trzypasmową kosmostradę, przez którą pędziły dziwne pojazdy. Niewykonalne, pomyślałem sobie. Pierwszy pobiegł Maciek. Pierwszy pas, drugi pas i jak na nieszczęście na trzecim pasie został draśnięty. Całe szczęście ze w porę zdążył uskoczyć w bok, bowiem niewiele brakowało do pogrzebu. Swoją drogą ciekaw byłem czy pogrzeby są tu równie uroczyste i bogate w atrakcje dodatkowe jak wesela. Nadeszła moja kolej. Serce pompowało mi czystą adrenalinę. Wiatr we włosach i poczucie, ze mogę wszystko. Zamknąłem oczy i ruszyłem przed siebie. Nie wiem jak to się stało, ale udało się. A jednak nie do końca. Kiedy otworzyłem oczy, stałem na drugim pasie. Kątem oka zauważyłem zbliżający się pojazd. Nie wiedziałem co robić. Wszystko do okola zwolniło. Pomyślałem sobie, że jak Maciek dobiegł to ja nie dobiegnę? Spiąłem pośladki i dobiegłem . Uff. Pierwsze zadanie zakończone powodzeniem u mnie i u Maćka. Serce biło mi szalenie szybko. Drugim zadaniem było podłączenie internetu do komputera Grubernatorki. Problem był taki, ze Grubernatorka nie miała już komputera. Najwyraźniej wzięła sobie wyrażenie "siedzieć na komputerze" zbyt dosłownie. Drugie zadanie zostało nam zaliczone z przyczyn technicznych. Nastała pora na trzecie i finałowe zadanie. Wyścigi traktorów. Zajęliśmy miejsca i ruszyliśmy. Następne co pamiętam z tego czasu to czerń. Obudziło mnie chrumkanie prosiaka. Leżałem na prowizorycznym łóżku zbitym z nieoszlifowanych desek gdzieś w chlewie, w którym zaimprowizowano punkt pierwszej pomocy. Nie wiedziałem co się wydarzyło na wyścigach. Dowiedziałem się później, że trzeba było zrobić trzy okrążenia, a ja nie potrafiłem ruszyć. Wciskałem gaz, na zmianę bieg pierwszy z wstecznym i mój traktor rzucało raz do przodu, raz do tyłu, jednak za każdym razem przekraczałem cienka linię startomety, kiedy inni zawodnicy starali się regularnie pokonywać dystans. Jednak pech chciał, że wjechałem do rowu. Całe szczęście że miałem zaliczone zadanie. Oficjalnie stałem się zwycięzcą. Kiedy moja rekonwalescencja dobiegła końca, poszedłem do sali, w której miała się odbyć ceremonia zaślubin. Na środku wielkiej sali siedziała w taczce Grubernatorka. Yutzhnya stała obok mnie dzierżąc w dłoniach bukiet pokrzyw. Podbiegłem do niej. Popatrzyła się na mnie pytającym wzrokiem. - Co dla mnie masz? - zapytała w końcu. Wsadziłem rękę do kieszeni, po czym wyciągnąłem walającego się luzem w kieszeni miętusa. Całe szczęście, ze był w papierku. Włożyłem jej delia tnie do ręki. Ona szybko go zjadła i złapała mnie za rękę. Poczułem dotyk czegoś zimnego i szorstkiego. Spojrzałem na dłoń. Na jej środku leżał kamień. Ładny kamień, bo lubię kamienie. Grubernatorka zawyła radośnie, co odebrałem za potwierdzenie zaślubin. Wybiegliśmy radośnie na podwórko, na którym miało się odbywać wesele, jednak było już po wszystkim. Wszyscy weselnicy zalani w trupa leżeli porozkładani dookoła stołu chrapiąc donośnie. Wódki już dawno nie było, i wszystko było zjedzone. Widocznie weselnicy zaczęli świętować już podczas igrzysk ślubnych. Niewiele mnie to interesowało. W ramach podróży poślubnej dostaliśmy wszakże karnet na mszę, a po mszy zakupy w biedronce i bon na dziesięć złotych. Wszyscy żyliśmy długo i szczęśliwie.
piątek, 29 listopada 2013
Eduardo
"Problem jest wtedy kiedy dym jest przyjacielem."
Nie działało nic. Każda próba wyplucia zdatnej do użytku myśli, była bolesna a zarazem jałowa w swojej idei. Czcze nadzieje, ze to przejdzie. Nie przejdzie. Na pewno nie teraz. Eduardo wiedział, jak ciężko jest przełamać złą passe. Miewał wzloty i upadki, ale tym razem czuł, że to koniec. Nie działało nic. Jego ręce leżały na klawiaturze starej maszyny do pisania. Bezczynnie. Siedział na starym skrzypiącym krześle, wiercąc sie nerwowo i utyskiwał na niemoc. Utyskiwał na słabość swojego ciała i umysłu. W popielniczce obok maszyny, tlił sie niedopałek papierosa. Eduardo cały był przesiąknięty zapachem dymu tytoniowego. Pod sufitem w dalszym ciągu kłębiły sie chmury dymu. Eduardo sięgnął po paczkę, wyciągnął kolejny papieros, zaciągnął sie mocno i powoli wypuścił dym. Jego ręce zaczęły przesuwać sie po pożółkłej od dymu klawiaturze maszyny. "Problem jest wtedy, kiedy dym jest przyjacielem" - napisał. Wpatrywał sie w maszynę, nie wiedząc co tak naprawdę chciał napisać. Po chwili zrozumiał. To nie miało znaczenia. Po prostu próbował. Cokolwiek i jakkolwiek, byleby tylko być w stanie przelewać swoje myśli na papier jak dawniej. Tym się zajmował. Sprzedawał swoje myśli. Pisał artykuły do gazet i raz udało mu się popełnić książkę. Teraz nie wiedział jednak co myśleć. Od czasu wydania jego debiutanckiej książki minęło sporo czasu. Nie obiła sie ona szerokim echem ani w mediach branżowych, ani w świadomości ludzi. Eufemizmem byłoby powiedzieć, że osiągnęła umiarkowany sukcesem. To było dla niego bardzo bolesne. Wtedy zaczął sie zatrącać we własnych problemach. W zawiłościach własnej psychiki oraz w niedoskonałościach cielesności. Od czasu wydania książki nienawidził każdego następnego dnia. Gardził wschodem słońca, jednak w głębi przeoranej duszy chciał żyć pełnią życia. Pragnął tego. Pragnął wiatru we włosach i przygód niczym z Kerouac`a. Ale nie mógł sobie na to pozwolić. Nie było go na to stać. I wcale nie chodziło o pieniądze.
Ktoś zapukał trzykrotnie. Eduardo odsunął sie od biurka szurając krzesłem po betonowej podłodze. Podszedł do starych drewnianych drzwi i uchylił je ostrożnie.
- pan Eduard Blek? - zapytała drobna blondynka stojąca za drzwiami. Źrenice Eduarda rozszerzyły sie, a po karku przebiegł dreszcz. - Tak, to ja. - powiedział wyciągając rękę, co kobieta zignorowała. - Zatem Pojdzie pan z nami. - powiedziała sucho, a za krawędzi ściany wyszło dwóch rosłych osiłków w czarnych uniformach.
- A ale o co chodzi? - zapytał drżącym glosę Eduardo. Nie usłyszał odpowiedzi na to pytanie. Zamiast tego było wykręcenie rak na plecy przez jednego z osiłków oraz głuchy klik metalowych bransoletek zapinanych przez drugiego, na nadgarstkach Eduardo.
Siedział przypięty do stołu w niewielkim szarym pomieszczeniu z ogromnym lustrem na większej ścianie. W dzisiejszych czasach nawet dziecko wie, ze jest to lustro fenickie, i za nim w pomieszczeniu ktoś właśnie przygląda sie reakcja przesłuchiwanej osoby. Eduardo oddychał niespokojnie. W głowie miał mętlik. W dalszym ciągu nikt nie powiedział mu dlaczego sie tu znajduje. Był pewien ze fakt jego ubezwłasnowolnienia, był co najmniej niezgodny z konstytucja. W pewnym momencie otworzyły sie ukryte w ścianie drzwi. Do pomieszczenia weszła drobna blondynka, ta sama, która w towarzystwie policyjnych zakapiorów zapukała wcześniej do jego drzwi. Przedstawiła sie, wyciągając jakiś znaczek z kieszeni marynarki, jednak Eduardo nie usłyszał nic. Szumiało mu w uszach. Co dziwne ten biały szum słyszał jedynie wtedy, kiedy blondynka wymieniała swoje nazwisko. Poprosił o powtórzenie. Dalej to samo. W końcu dal za wygrana. Kobieta usiadła naprzeciwko niego.
-Mam nadzieje, ze wie pan dlaczego sie tutaj znajduje - zaczęła oficjalnym tonem.
- Wręcz przeciwnie - odrzucił Eduardo, siląc sie na obojętny ton, czego zaraz pożałował. Źrenice kobiety rozszerzyły sie a jej oddech przyśpieszył.
-Został pan zatrzymany pod zarzutem gwałtu oraz podwójnego morderstwa! - niemal krzyknęła w odpowiedzi. Eduardo zamarł. Gigantyczna bryła lodu rozciągała jego żołądek. - Ma pan cos do powiedzenia? - dodała, nieco spokojniej.
- Nie będę mówił bez adwokata! - Eduardo jednym tchem wyrzucił z siebie wyświechtaną formułkę. Wtedy wszystko sie skomplikowało.
***
-To było jak natchnienie. Rozumie pan. - zaczął powoli Eduardo, cedząc słowa przez niemal zaciśnięte usta. - Wszedłem do sali i z daleka ja zobaczyłem. Do tamtego momentu byłem pewien ze takie rzeczy dzieją sie tylko na filmach. Że jest to taki tani efekt żywcem z komedii romantycznych. Ale przezywałem to sam. Wszedłem do sali i oma była jak najjaśniejszy punkt. Promieniejąca uroda i perwersyjna pewność siebie. Podszedłem do wszystkich i przywitałem się. To były kursy doszkalające z zakresu gastronomii. Żebym mógł dalej dostawać zasiłek. W urzędzie figuruje jako bezrobotny, bo z pisania nie przytuliłem żadnej większej gotówki. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Prośże mi Wierzyc. Wymieniliśmy parę zdań. Może nie jestem najinteligentniejszym człowiekiem na świecie ale z pewnością mam intuicje. Wiedziałem ze ta kobieta miała to coś.
- Mówił przyspieszonym juz, nieco podniesionym głosem.
- Panno Suu, proszę złożyć wniosek o zbadanie libida tego człowieka - mruknął podstarzały sędzia do swojej asystentki. Eduardo nie przestawał wypluwać coraz to mniej wiarygodnych szczegółów swojej opowieści.
- Ja wiem wysoki sadzie - powiedział po zakończeniu trwającej pół godziny opowieści. - Ze mną jest coś nie tak. Normalny człowiek nie brzydzi sie swojego odbicia w lustrze, prawda? Nie nienawidzi sie za wygląd. Nie ma problemów ze snem i ma do kogo otworzyć usta... - Wystarczy juz tego ckliwego użalania się nad sobą Eduardo!
- krzyknął sędzia, uderzając otwarta dłonią w blat stołu i zrywając sie z krzesła.
Żyła na jego czole pulsowała rytmicznie.
- To nie jest twoja osobista terapia psychologiczna, zwyrodnialcu! - wykrzyknął
i opadł na krześle, próbując nabrać powietrza. - To co zrobiłeś, zasługuje na najwyższy wymiar kary. - powiedział starzec juz spokojnym tonem.
- Ale one właśnie tego chciały! - przerwał mu bliski płaczu Eduardo.
- Sugerujesz mi, ze jesteś niewinny i nie ponosisz odpowiedzialności za wydarzenia tamtego dnia? - Tak właśnie sadze. I sadze ze mam prawo do adwokata! Oczy Eduardo zaszkliły się a glos drżał. - Na tej rozprawie musisz bronić się sam.
- Odpowiedział mu starzec oficjalnym tonem, uśmiechając się złowieszczo. - kontynuuj wiec. Opowiedz nam o tym jak to Dżeny chciała zostać zamordowana. O gwałtach opowiesz później. Póki co mam dosyć Twojego ciągłego pierdolenia o seksie. - rzucił sędzia z wyczuwalna nutka ironii w glosie.
- Dobrze wiec. Powiem wszystko jak na świętej spowiedzi.
Dżeny była mila dziewczyną. Nieco naiwna ale bez zwątpienia bardzo mila. Nigdy się nie spotkaliśmy pierwszy raz. Znaliśmy się od zawsze. Oboje uzależnieni od kawy i papierosów, oboje szukający szczęścia w życiu. Oboje próbujący sobie jakoś poradzić i odnaleźć sie na świecie. Dżeny potrafiła grac na fortepianie. I lubiła sobie wypić. Wszystko wydarzyło się akurat w dzień kiedy opadły wszystkie liście a nad miastem zebrała sie mgła. Ktoś mógłby powiedzieć, ze to sztampowa sytuacja, ale to jego sprawa. Ja zarzekam się, że tak właśnie było. Siedzieliśmy u niej w mieszkaniu. Niedopita butelka wódki i my przy fortepianie. Ona gra, ja śpiewam, gdzieś po podłodze przebiega kot. Słychać tylko rzewne bluesowe ballady. Zawodzenie dwójki nieszczęśników. W pewnym momencie Dżeny poprosiła mnie o szczera rozmowę. Usiedliśmy wygodnie na kanapie a ona powiedziała mi, ze nigdy nie poczuła sie częścią tego świata. Rozumiałem ja w doskonale. Przybliżyła głowę i wyszeptała mi do ucha, ze chciała by być gdzieś indziej. Żeby mogła wyjść i żeby ktoś zamknął za nią drzwi. Zamknęła wtedy oczy a po jej policzkach spłynęły kryształowe łzy. Oparła sie na moim ramieniu a ja juz wiedziałem co powinienem zrobić. Przeniosłem ją na jej lóżko i przycisnąłem do twarzy poduszkę. Trzymałem mocno. Ona nawet nie drgnęła, ani nie wydała z siebie dźwięku. Chciała tego a ja jej to umożliwiłem. To wszystko co mam do powiedzenia na ten temat. - Eduard skończył opowiadać ze łzami wpływającymi powoli po policzku. - Jeśli dobrze rozumiem.... To jest jedno morderstwo. Z akt sprawy wynika, ze oskarżono pana o podwójną zbrodnie. Zatem to jeszcze nie koniec tego wątku jak mniemam? - naciskał starzec, co wydawało sie sprawia mu satysfakcje.
-W porządku, skoro tak. -Eduardo starał sie opanować drżenie głosu. A wiec kiedy zobaczyłem ze Dżeny juz odeszła, zrozumiałem coś. Wiedziałem ze tak dalej być nie może i ze świat nie musi wiecznie trwać. Pocałowałem wiec Dżeny ostatni raz w jej jeszcze czerwone usta, wziąłem garść jej tabletek nasennych i popiłem wódka. Ułożyłem sie obok niej i zamknąłem oczy. - skończył Eduardo.
Starzec wykrzywił swoja twarz w nieopisanym grymasie. Jego skora poczerwieniała, a zęby sie wydłużyły i wyostrzyły. Jednak to wszystko trwało zaledwie ułamek sekundy. Dalej siedzieli na sali. Czarne jej ściany wywoływały iluzje nieskończoności. Cały czas napływali nowi obserwatorzy rozprawy. Eduardo siedział załamany przy starym biurku, wpatrując sie w czubki swoich butów. Starzec przeciągnął sie leniwie po czym wbił swój świdrujący wzrok w Eduarda. - Dobrze, nędzniku. A wiec przejdźmy do dalszej części rozprawy. Opowiedz mi o tym drugim gwałcie. - Eduard podniósł wzrok na starca. Nie mógł znieść jego drwiącego wyrazu twarzy, który sugerował myśl, że starzec zna juz sekret Eduardo, wiec szybko odwrócił wzrok.
-Ja.. -zaczął niemal niesłyszalnie Eduard.. -ja wymyśliłem te gwałty. Zmyśliłem to wszystko. To miało miejsce jedynie w mojej świadomości. Nie skrzywdziłem nikogo. -jesteś pewien? - Zapytał starzec.- Kreujesz wiec jesteś. Krzywdzisz. Krzywdzisz cząstki własnej świadomości i jestestwa swojego. Wypaczony masz umyśl. Jesteś chory. Naprawdę podnieca cie gwałt? - Nie. - odpowiedział zrezygnowany Eduardo. To nie tak. To nie jest odbicie jakichkolwiek zainteresowań seksualnych. Takie rzeczy dobrze sie sprzedają. Żyjemy w takich czasach... Rozpusta i konsumpcjonizm. XXI. Jestem pisarzem i zwyczajnie chce sprzedać towar, który tworze. Moim towarem są słowa. A ze są takie a nie inne... Jest popyt, jest podaż. Nie odpowiadam za skutki.
- I tu sie mylisz. - przerwał mu sędzia, z triumfalnym wyrazem twarzy. Życie samo z siebie nie jest piękne. Czemu nie możesz stworzyć iluzji pięknego świata, którą zawsze można mieć przy sobie w wersjo papierowej i do której można uciec, kiedy życie naprawdę daje o sobie znać? -Jestem rzemieślnikiem słowa. Przekuwam je na pieniądze i to wszystko. Czy to jest przestępstwo? Czy to sprawia z jestem gorszy?
-W jakimś sensie z pewnością jesteś. - Przerwał poirytowany sędzia. -
- Jesteś gorszy bo wyprawiasz różne rzeczy w swojej nędznej głowie. Jesteś zwyczajnym hipokryta. Chciałbyś nauczać, a sam niewiele wiesz. Jesteś maszynka do robienia pieniędzy i nawet to ci nie wychodzi. Przypomnieć ci nakład książki, którą wydałeś? Te puste krzesła na spotkaniach autorskich? Och tak. To bolało. Człowieka z twoimi ambicjami musiało bolec. I niczego sie nie nauczyłeś. Nie wiesz jak bezinteresownie nieść dobro. Wszędzie musisz mieć korzyść. Twój cynizm i hipokryzja wypaczyły większość twoich dobrych cech. I tak. Stałeś sie złym człowiekiem. Odwróciłeś sie od jedynego prawdziwego, który cie ukochał. Dlatego teraz tu jesteś. A przecież mogłeś zostać hydraulikiem. Mieć fach w reku. Miałeś wiele możliwości. Co zatem sprawiło, że dokonałeś możliwie najgorszego wyboru?
- Wiesz gościu? - odezwał sie w końcu zniecierpliwiony Eduardo.- Ja tak naprawdę nie wiem o co tobie właściwie chodzi. Opowiadasz mi jakieś dyrdymały, dobro zło, duperele. Mam się poczuć jak na sądzie ostatecznym? Powinienem sie skruszyć i przyznać ci rację? Wiesz dobrze, ze potrafię! - krzyknął na koniec. Zamknął oczy, zacisnął wargi i oddal sie skupieniu. Na jego skórze pojawiły sie pęknięcia. Coraz to głębsze bruzdy szpeciły jego ciało. Twarz nieprzerwanie skupiona zaczęła się rozpadać. Jego organizm zamieniał sie w piasek. Na krześle została tylko kupka pyłu.
Eduardo ocknął się w swoim pokoju z niesamowitym bólem głowy. Obraz mu się rozmazywał. Czuł się jak na zjeździe po czymś mocnym. Nogi I ręce miał przywiązane do łózka. Szarpnął mocniej. Węzły pościły. Został zawiązany lekkim węzłem, żeby po przebudzeniu mógł się uwolnić. Jednym ruchem odgarnął kołdrę. Zauważył szwy jamy brzusznej. Jego otępiały po środkach psychoaktywnych umysł wypełnij niepokój. Próbował sobie przypomnieć, co wydarzyło się naprawdę, a co było tylko narkotyczna wizja. Nie potrafił. Odwrócił głowę. Na stoliku obok łózka leżała kartka. Na niej nakreślone niestarannie słowa " Przepraszam, że to musiało się tak stać. Musieliśmy zdobyć organy w taki czy inny sposób. Nie chcieliśmy, żeby padło na Ciebie. Mamy nadzieje, że nam wybaczysz. Możesz być pewien, że zostaną dobrze użyte." Nie było podpisu, jednak Eduard dokładnie wszystko wiedział. Uśmiechnął się więc do siebie i położył wygodnie na plecach. Zamknął oczy i już nigdy ich nie otworzył. Za to uśmiech pozostał na jego twarzy.
Nie działało nic. Każda próba wyplucia zdatnej do użytku myśli, była bolesna a zarazem jałowa w swojej idei. Czcze nadzieje, ze to przejdzie. Nie przejdzie. Na pewno nie teraz. Eduardo wiedział, jak ciężko jest przełamać złą passe. Miewał wzloty i upadki, ale tym razem czuł, że to koniec. Nie działało nic. Jego ręce leżały na klawiaturze starej maszyny do pisania. Bezczynnie. Siedział na starym skrzypiącym krześle, wiercąc sie nerwowo i utyskiwał na niemoc. Utyskiwał na słabość swojego ciała i umysłu. W popielniczce obok maszyny, tlił sie niedopałek papierosa. Eduardo cały był przesiąknięty zapachem dymu tytoniowego. Pod sufitem w dalszym ciągu kłębiły sie chmury dymu. Eduardo sięgnął po paczkę, wyciągnął kolejny papieros, zaciągnął sie mocno i powoli wypuścił dym. Jego ręce zaczęły przesuwać sie po pożółkłej od dymu klawiaturze maszyny. "Problem jest wtedy, kiedy dym jest przyjacielem" - napisał. Wpatrywał sie w maszynę, nie wiedząc co tak naprawdę chciał napisać. Po chwili zrozumiał. To nie miało znaczenia. Po prostu próbował. Cokolwiek i jakkolwiek, byleby tylko być w stanie przelewać swoje myśli na papier jak dawniej. Tym się zajmował. Sprzedawał swoje myśli. Pisał artykuły do gazet i raz udało mu się popełnić książkę. Teraz nie wiedział jednak co myśleć. Od czasu wydania jego debiutanckiej książki minęło sporo czasu. Nie obiła sie ona szerokim echem ani w mediach branżowych, ani w świadomości ludzi. Eufemizmem byłoby powiedzieć, że osiągnęła umiarkowany sukcesem. To było dla niego bardzo bolesne. Wtedy zaczął sie zatrącać we własnych problemach. W zawiłościach własnej psychiki oraz w niedoskonałościach cielesności. Od czasu wydania książki nienawidził każdego następnego dnia. Gardził wschodem słońca, jednak w głębi przeoranej duszy chciał żyć pełnią życia. Pragnął tego. Pragnął wiatru we włosach i przygód niczym z Kerouac`a. Ale nie mógł sobie na to pozwolić. Nie było go na to stać. I wcale nie chodziło o pieniądze.
Ktoś zapukał trzykrotnie. Eduardo odsunął sie od biurka szurając krzesłem po betonowej podłodze. Podszedł do starych drewnianych drzwi i uchylił je ostrożnie.
- pan Eduard Blek? - zapytała drobna blondynka stojąca za drzwiami. Źrenice Eduarda rozszerzyły sie, a po karku przebiegł dreszcz. - Tak, to ja. - powiedział wyciągając rękę, co kobieta zignorowała. - Zatem Pojdzie pan z nami. - powiedziała sucho, a za krawędzi ściany wyszło dwóch rosłych osiłków w czarnych uniformach.
- A ale o co chodzi? - zapytał drżącym glosę Eduardo. Nie usłyszał odpowiedzi na to pytanie. Zamiast tego było wykręcenie rak na plecy przez jednego z osiłków oraz głuchy klik metalowych bransoletek zapinanych przez drugiego, na nadgarstkach Eduardo.
Siedział przypięty do stołu w niewielkim szarym pomieszczeniu z ogromnym lustrem na większej ścianie. W dzisiejszych czasach nawet dziecko wie, ze jest to lustro fenickie, i za nim w pomieszczeniu ktoś właśnie przygląda sie reakcja przesłuchiwanej osoby. Eduardo oddychał niespokojnie. W głowie miał mętlik. W dalszym ciągu nikt nie powiedział mu dlaczego sie tu znajduje. Był pewien ze fakt jego ubezwłasnowolnienia, był co najmniej niezgodny z konstytucja. W pewnym momencie otworzyły sie ukryte w ścianie drzwi. Do pomieszczenia weszła drobna blondynka, ta sama, która w towarzystwie policyjnych zakapiorów zapukała wcześniej do jego drzwi. Przedstawiła sie, wyciągając jakiś znaczek z kieszeni marynarki, jednak Eduardo nie usłyszał nic. Szumiało mu w uszach. Co dziwne ten biały szum słyszał jedynie wtedy, kiedy blondynka wymieniała swoje nazwisko. Poprosił o powtórzenie. Dalej to samo. W końcu dal za wygrana. Kobieta usiadła naprzeciwko niego.
-Mam nadzieje, ze wie pan dlaczego sie tutaj znajduje - zaczęła oficjalnym tonem.
- Wręcz przeciwnie - odrzucił Eduardo, siląc sie na obojętny ton, czego zaraz pożałował. Źrenice kobiety rozszerzyły sie a jej oddech przyśpieszył.
-Został pan zatrzymany pod zarzutem gwałtu oraz podwójnego morderstwa! - niemal krzyknęła w odpowiedzi. Eduardo zamarł. Gigantyczna bryła lodu rozciągała jego żołądek. - Ma pan cos do powiedzenia? - dodała, nieco spokojniej.
- Nie będę mówił bez adwokata! - Eduardo jednym tchem wyrzucił z siebie wyświechtaną formułkę. Wtedy wszystko sie skomplikowało.
***
-To było jak natchnienie. Rozumie pan. - zaczął powoli Eduardo, cedząc słowa przez niemal zaciśnięte usta. - Wszedłem do sali i z daleka ja zobaczyłem. Do tamtego momentu byłem pewien ze takie rzeczy dzieją sie tylko na filmach. Że jest to taki tani efekt żywcem z komedii romantycznych. Ale przezywałem to sam. Wszedłem do sali i oma była jak najjaśniejszy punkt. Promieniejąca uroda i perwersyjna pewność siebie. Podszedłem do wszystkich i przywitałem się. To były kursy doszkalające z zakresu gastronomii. Żebym mógł dalej dostawać zasiłek. W urzędzie figuruje jako bezrobotny, bo z pisania nie przytuliłem żadnej większej gotówki. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Prośże mi Wierzyc. Wymieniliśmy parę zdań. Może nie jestem najinteligentniejszym człowiekiem na świecie ale z pewnością mam intuicje. Wiedziałem ze ta kobieta miała to coś.
- Mówił przyspieszonym juz, nieco podniesionym głosem.
- Panno Suu, proszę złożyć wniosek o zbadanie libida tego człowieka - mruknął podstarzały sędzia do swojej asystentki. Eduardo nie przestawał wypluwać coraz to mniej wiarygodnych szczegółów swojej opowieści.
- Ja wiem wysoki sadzie - powiedział po zakończeniu trwającej pół godziny opowieści. - Ze mną jest coś nie tak. Normalny człowiek nie brzydzi sie swojego odbicia w lustrze, prawda? Nie nienawidzi sie za wygląd. Nie ma problemów ze snem i ma do kogo otworzyć usta... - Wystarczy juz tego ckliwego użalania się nad sobą Eduardo!
- krzyknął sędzia, uderzając otwarta dłonią w blat stołu i zrywając sie z krzesła.
Żyła na jego czole pulsowała rytmicznie.
- To nie jest twoja osobista terapia psychologiczna, zwyrodnialcu! - wykrzyknął
i opadł na krześle, próbując nabrać powietrza. - To co zrobiłeś, zasługuje na najwyższy wymiar kary. - powiedział starzec juz spokojnym tonem.
- Ale one właśnie tego chciały! - przerwał mu bliski płaczu Eduardo.
- Sugerujesz mi, ze jesteś niewinny i nie ponosisz odpowiedzialności za wydarzenia tamtego dnia? - Tak właśnie sadze. I sadze ze mam prawo do adwokata! Oczy Eduardo zaszkliły się a glos drżał. - Na tej rozprawie musisz bronić się sam.
- Odpowiedział mu starzec oficjalnym tonem, uśmiechając się złowieszczo. - kontynuuj wiec. Opowiedz nam o tym jak to Dżeny chciała zostać zamordowana. O gwałtach opowiesz później. Póki co mam dosyć Twojego ciągłego pierdolenia o seksie. - rzucił sędzia z wyczuwalna nutka ironii w glosie.
- Dobrze wiec. Powiem wszystko jak na świętej spowiedzi.
Dżeny była mila dziewczyną. Nieco naiwna ale bez zwątpienia bardzo mila. Nigdy się nie spotkaliśmy pierwszy raz. Znaliśmy się od zawsze. Oboje uzależnieni od kawy i papierosów, oboje szukający szczęścia w życiu. Oboje próbujący sobie jakoś poradzić i odnaleźć sie na świecie. Dżeny potrafiła grac na fortepianie. I lubiła sobie wypić. Wszystko wydarzyło się akurat w dzień kiedy opadły wszystkie liście a nad miastem zebrała sie mgła. Ktoś mógłby powiedzieć, ze to sztampowa sytuacja, ale to jego sprawa. Ja zarzekam się, że tak właśnie było. Siedzieliśmy u niej w mieszkaniu. Niedopita butelka wódki i my przy fortepianie. Ona gra, ja śpiewam, gdzieś po podłodze przebiega kot. Słychać tylko rzewne bluesowe ballady. Zawodzenie dwójki nieszczęśników. W pewnym momencie Dżeny poprosiła mnie o szczera rozmowę. Usiedliśmy wygodnie na kanapie a ona powiedziała mi, ze nigdy nie poczuła sie częścią tego świata. Rozumiałem ja w doskonale. Przybliżyła głowę i wyszeptała mi do ucha, ze chciała by być gdzieś indziej. Żeby mogła wyjść i żeby ktoś zamknął za nią drzwi. Zamknęła wtedy oczy a po jej policzkach spłynęły kryształowe łzy. Oparła sie na moim ramieniu a ja juz wiedziałem co powinienem zrobić. Przeniosłem ją na jej lóżko i przycisnąłem do twarzy poduszkę. Trzymałem mocno. Ona nawet nie drgnęła, ani nie wydała z siebie dźwięku. Chciała tego a ja jej to umożliwiłem. To wszystko co mam do powiedzenia na ten temat. - Eduard skończył opowiadać ze łzami wpływającymi powoli po policzku. - Jeśli dobrze rozumiem.... To jest jedno morderstwo. Z akt sprawy wynika, ze oskarżono pana o podwójną zbrodnie. Zatem to jeszcze nie koniec tego wątku jak mniemam? - naciskał starzec, co wydawało sie sprawia mu satysfakcje.
-W porządku, skoro tak. -Eduardo starał sie opanować drżenie głosu. A wiec kiedy zobaczyłem ze Dżeny juz odeszła, zrozumiałem coś. Wiedziałem ze tak dalej być nie może i ze świat nie musi wiecznie trwać. Pocałowałem wiec Dżeny ostatni raz w jej jeszcze czerwone usta, wziąłem garść jej tabletek nasennych i popiłem wódka. Ułożyłem sie obok niej i zamknąłem oczy. - skończył Eduardo.
Starzec wykrzywił swoja twarz w nieopisanym grymasie. Jego skora poczerwieniała, a zęby sie wydłużyły i wyostrzyły. Jednak to wszystko trwało zaledwie ułamek sekundy. Dalej siedzieli na sali. Czarne jej ściany wywoływały iluzje nieskończoności. Cały czas napływali nowi obserwatorzy rozprawy. Eduardo siedział załamany przy starym biurku, wpatrując sie w czubki swoich butów. Starzec przeciągnął sie leniwie po czym wbił swój świdrujący wzrok w Eduarda. - Dobrze, nędzniku. A wiec przejdźmy do dalszej części rozprawy. Opowiedz mi o tym drugim gwałcie. - Eduard podniósł wzrok na starca. Nie mógł znieść jego drwiącego wyrazu twarzy, który sugerował myśl, że starzec zna juz sekret Eduardo, wiec szybko odwrócił wzrok.
-Ja.. -zaczął niemal niesłyszalnie Eduard.. -ja wymyśliłem te gwałty. Zmyśliłem to wszystko. To miało miejsce jedynie w mojej świadomości. Nie skrzywdziłem nikogo. -jesteś pewien? - Zapytał starzec.- Kreujesz wiec jesteś. Krzywdzisz. Krzywdzisz cząstki własnej świadomości i jestestwa swojego. Wypaczony masz umyśl. Jesteś chory. Naprawdę podnieca cie gwałt? - Nie. - odpowiedział zrezygnowany Eduardo. To nie tak. To nie jest odbicie jakichkolwiek zainteresowań seksualnych. Takie rzeczy dobrze sie sprzedają. Żyjemy w takich czasach... Rozpusta i konsumpcjonizm. XXI. Jestem pisarzem i zwyczajnie chce sprzedać towar, który tworze. Moim towarem są słowa. A ze są takie a nie inne... Jest popyt, jest podaż. Nie odpowiadam za skutki.
- I tu sie mylisz. - przerwał mu sędzia, z triumfalnym wyrazem twarzy. Życie samo z siebie nie jest piękne. Czemu nie możesz stworzyć iluzji pięknego świata, którą zawsze można mieć przy sobie w wersjo papierowej i do której można uciec, kiedy życie naprawdę daje o sobie znać? -Jestem rzemieślnikiem słowa. Przekuwam je na pieniądze i to wszystko. Czy to jest przestępstwo? Czy to sprawia z jestem gorszy?
-W jakimś sensie z pewnością jesteś. - Przerwał poirytowany sędzia. -
- Jesteś gorszy bo wyprawiasz różne rzeczy w swojej nędznej głowie. Jesteś zwyczajnym hipokryta. Chciałbyś nauczać, a sam niewiele wiesz. Jesteś maszynka do robienia pieniędzy i nawet to ci nie wychodzi. Przypomnieć ci nakład książki, którą wydałeś? Te puste krzesła na spotkaniach autorskich? Och tak. To bolało. Człowieka z twoimi ambicjami musiało bolec. I niczego sie nie nauczyłeś. Nie wiesz jak bezinteresownie nieść dobro. Wszędzie musisz mieć korzyść. Twój cynizm i hipokryzja wypaczyły większość twoich dobrych cech. I tak. Stałeś sie złym człowiekiem. Odwróciłeś sie od jedynego prawdziwego, który cie ukochał. Dlatego teraz tu jesteś. A przecież mogłeś zostać hydraulikiem. Mieć fach w reku. Miałeś wiele możliwości. Co zatem sprawiło, że dokonałeś możliwie najgorszego wyboru?
- Wiesz gościu? - odezwał sie w końcu zniecierpliwiony Eduardo.- Ja tak naprawdę nie wiem o co tobie właściwie chodzi. Opowiadasz mi jakieś dyrdymały, dobro zło, duperele. Mam się poczuć jak na sądzie ostatecznym? Powinienem sie skruszyć i przyznać ci rację? Wiesz dobrze, ze potrafię! - krzyknął na koniec. Zamknął oczy, zacisnął wargi i oddal sie skupieniu. Na jego skórze pojawiły sie pęknięcia. Coraz to głębsze bruzdy szpeciły jego ciało. Twarz nieprzerwanie skupiona zaczęła się rozpadać. Jego organizm zamieniał sie w piasek. Na krześle została tylko kupka pyłu.
Eduardo ocknął się w swoim pokoju z niesamowitym bólem głowy. Obraz mu się rozmazywał. Czuł się jak na zjeździe po czymś mocnym. Nogi I ręce miał przywiązane do łózka. Szarpnął mocniej. Węzły pościły. Został zawiązany lekkim węzłem, żeby po przebudzeniu mógł się uwolnić. Jednym ruchem odgarnął kołdrę. Zauważył szwy jamy brzusznej. Jego otępiały po środkach psychoaktywnych umysł wypełnij niepokój. Próbował sobie przypomnieć, co wydarzyło się naprawdę, a co było tylko narkotyczna wizja. Nie potrafił. Odwrócił głowę. Na stoliku obok łózka leżała kartka. Na niej nakreślone niestarannie słowa " Przepraszam, że to musiało się tak stać. Musieliśmy zdobyć organy w taki czy inny sposób. Nie chcieliśmy, żeby padło na Ciebie. Mamy nadzieje, że nam wybaczysz. Możesz być pewien, że zostaną dobrze użyte." Nie było podpisu, jednak Eduard dokładnie wszystko wiedział. Uśmiechnął się więc do siebie i położył wygodnie na plecach. Zamknął oczy i już nigdy ich nie otworzył. Za to uśmiech pozostał na jego twarzy.
niedziela, 17 listopada 2013
Morderstwo
Ciotka moja nie żyła. Zabito ją na śmierć. Pchnięcie nożem, albo coś takiego. Zabiła ją córka sąsiadki. Piękna dziewczyna. Talia osy, długie blond włosy, wydatny biust, długie nogi i duże, mięsiste usta. Jej córka - nota bene morderczyni, też była niczego sobie. Również blondynka, włosy zawsze związane w kok, lub coś podobnego i lekki makijaż. Nie poszła siedzieć. Nikt nie wiedział o jej morderstwie. Poza mną. Sam pomagałem pozbyć się zwłok. Denerwowała mnie już ciocia. Boże, wybacz, ale ta stara dewotka, nie dawała mi żyć. Poważnie. Zakopywaliśmy cioteczkę pod starym drzewem, gdzieś w środku lasu, nucąc sobie piosenkę ze Smerfów. Oboje ochlapani krwią, uśmiechając się do siebie, machaliśmy radośnie łopatami. W pewnym momencie, nasze oczy zatrzymały eis na sobie dłuższą chwilę. Wargi złączyły się w długim i śliskim pocałunku. Zaczęliśmy się dobierać do siebie, rechocząc wesoło. Nie śmieszne? Nieśmieszny to był `39, to bardzo nas bawiło. Zaczęliśmy się tarzać po ziemi obok zakopanej już denatki. Wystawał jedynie czubek nosa. Tarzaliśmy się przytuleni do siebie, z takimi uśmiechami, jakich nie mieliśmy od dawna. Księżyc nam światkiem co wyprawiały nasze złączone ciała. W jednym momencie przestaliśmy być dwiema istotami. Kiedy ją wypełniłem staliśmy się jednością. Pierwszy raz z wielu tego wieczora. Kiedy skończyliśmy dzieło naszych przemian, kiedy zakopaliśmy nosek cioteczki denatki, zbliżał się ranek. Jan Ranek. Przygłupi posterunkowy naszego miasteczka. Podszedł do nas i zapytał skąd wracamy. Jego usta poruszały się pod wielkim wąsem szybciej niż wypowiadał słowa. Nie do końca rozumiem czym to mogło być spowodowane. Desynchronizacja tego człowieka dotykała niemal wszystkich jego elementów. Chodzą pogłoski, że jak poszedł na dziwki, to ejakulował zanim jeszcze zdążył rozpiąć rozporek, ale to podobno mogło przydarzyć się każdemu. No wiec zapytał nas skąd wracamy. Opowiedziałem mu pokrótce że byliśmy się kochać w lesie przy świetle księżyca. Spojrzał w niebo. Zaczęło już dawno świtać. Popatrzył na nas ze zdziwieniem, potem opuścił w głowę i jego wzrok przez ułamek sekundy zawisł nad jego własnym kroczem. Podniósł głowę, uśmiechnął się do nas kwaśno i pożegnał. Aż dziw bierze, ze jego podejrzliwości nie wzbudziły łopaty, które nieśliśmy. Ale tak jak wspominałem, ten człowiek nie był zbytnio rozgarnięty. Wróciliśmy do domów. Mieszkamy na przeciwko siebie, także pożegnałem ją przed samymi drzwiami. Dźwięk naszego pocałunku odbijał się miedzy ścianami korytarza. Nagle nasze uszy zaskoczył dźwięk syren. Stanęliśmy jak wryci. Mięśnie odmówiły nam posłuszeństwa. Podbiegli do nas mężczyźni w czarnych uniformach. Kurwa, to była policja. Skuli nas i sprowadzili na dół do radiowozów. Okazało się że to wszystko przez ciotkę. Za dużo żarła. Nie zabiliśmy jej, kiedy skończyliśmy nasze harce obok jak jej myśleliśmy mogiły, ona się wygrzebała, i traf chciał, ze trafiła na posterunkowego Ranka. Nasłuchawszy się naszych jęków postanowiła go zgwałcić, ale jego desynchronizacja znowu dała o sobie znać. Podobno chciał ją oskarżyć o gwałt, ale ona pierwsza mu wyśpiewała, dlaczego to wszystko i skąd. No to nieszczęsny Ranek z plamą na spodniach wezwał posiłki. I mogiła. Tak o to wylądowałem w pierdlu.
środa, 6 listopada 2013
Adam Smys
W parku było kilka osób. W taka pogodę nikt raczej nie wychodzi na długo. Wilgotność powietrza i zimny przeszywający wiatr skutecznie odstraszały potencjalnych spacerowiczów. Adam przechodził przez park nerwowo zerkając na obecnych ludzi, ściskając między wargami kolejnego już papierosa. Nienawiść. Czul nienawiść. Powoli to uczucie dominowało nad smutkiem i żalem. Szedł szybkim krokiem praktycznie bez celu. Twarz miał wykrzywiona w grymasie. Każda sekunda egzystencji sprawiała mu ból. Wiedział dziś, że bezpowrotnie stracił coś, co tak bardzo cenił. Nie rozglądając się wszedł na ulice. Usłyszał tylko pisk opon i potem już tylko świdrująca cisze. Trwała bardzo długo i łączyła się z ciemnością która miał przed oczami. W ustach jakiś słodki smak. Niesamowity ból w biodrze był nie do zniesienia. Powoli starał się otworzyć oczy. Próżny trud. Nerwy nie przenosiły sygnałów z jego mózgu. A może przenosiły, a powieki były zepsute? Adam chciał to sprawdzić. Kolejna próba zakończyła się fiaskiem. Tak samo próby poruszenia ręka czy noga. Krew napłynęła mu do głowy. Był odcięty od wszelakich bodźców. Uświadomił sobie ze ból biodra poczuł jedynie w chwili kiedy wszedł pod samochód. Teraz natomiast nie czul nic. Poza klaustrofobicznym strachem. Wtem zrozumiał, że się topi. Ze woda zalewa mu płuca a on nic nie może na to poradzić. Zrozumiał ze w tym momencie jego mozg kreuje swoje własne bodźce. To się zdarza, kiedy jest odcięty od bodźców zewnętrznych. Otworzył oczy. Oślepiły go promienie słońca. Dryfował gdzieś w wodzie, czując zawroty głowy. Odwrócił się gwałtownie i zaczął płynąc do brzegu. Kiedy już stanął na dwóch nogach, pochylił się i wypluł cala wodę jaka zdarzył nabrać. Rozejrzał się w około. Plaża ciągnęła się przy całym brzegu od pawiej do lewej. Na wprost niego rozciągał się niski betonowy murek, który oddzielał plaże od uliczki. Nie duża droga z wydzielonym chodnikiem i ścieżka rowerowa. Podszedł do wyjścia i wyszedł na drogę. Nigdzie nikogo nie było. Zorientował się, ze na reku ma zegarek, który cały czas działał, mimo zanurzenia go w wodzie. 5.15. Wcześnie rano. Nic dziwnego ze nikogo nie było. Wytężył wzrok. Nigdy nie był w tym miejscu, mimo wszystko poznawał je. Z jakiegoś niejasnego powodu Adam wiedział do jakiego z wielu podobnych do siebie białych domków z ogródkiem ma się kierować. Kiedy stanął pod drzwiami, z sąsiedniego domku wyszedł mężczyzna. Podniósł rękę w geście przywitania i powiedział -dzień dobry panie Smys! Adam raczej w odruchu, niż świadomie również podniósł dłoń i odpowiedział- dzień dobry panie Uajt! -mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie i rozpoczął koszenie trawy przed domkiem. Adam nie miał pojęcia skąd zna nazwisko mężczyzny. Nie zamierzał jednak tego roztrząsać. Złapał za klamkę i wszedł do domu. - To Ty kochanie? - z góry dobiegł go znany głos, który był ostatnia rzeczą jakiej się spodziewał. - wróciłeś z zakupami? - zapytała kobieta. - tak- odpowiedział mechanicznie i spostrzegł, ze w ręce trzyma torbę ze świeżymi pieczywem i warzywami. - chodź, nie stój tak jak kolek tam w korytarzu.
Zakupy postaw na stole w kuchni i chodź do mnie na górę. - usłyszał znowu głos kobiety. Głos, który działał kiedyś jak balsam na jego serce. Zdjął buty, postawił zakupy na stole i powoli wszedł po schodach, nie wiedząc czego się może spodziewać. Znalazł ja w garderobie przy sypialni. Wyglądała inaczej niż ją zapamiętał od ostatniego spotkania. Wyglądała łagodnie i była piękna jak zawsze. W czym ci mogę pomoc kotku? - słowa same wyszły mu z ust. -Chciałam żebyś zapiał mi sukienkę - odpowiedziała słodkim tonem Karolajn. Adam podszedł do niej i szybkim ruchem ręki zapiął zamek. Odwróciła się do niego przodem i poraziła promienistym uśmiechem. Wyglądała niesamowicie. W zwykłej niewyjściowej sukieneczce. Był pewien, że tylko ona może wyglądac nieziemsko w tak
bardzo zwykłym ubraniu. -Chodź na dół, zjemy śniadanie - szepnęła mu zalotnie do ucha. Adam zszedł za nią powoli po schodach i przetarł oczy ze zdumienia. Na stole w kuchni przygotowane było śniadanie. Domowe grzanki z masłem i gorąca, parująca kawa. Nie miał pojęcia w jaki sposób to wszystko pojawiło się na stole. Był więcej niż pewien, że jak wchodził na górę, nic takiego tam nie było. Usiedli naprzeciwko siebie. - Jedz Adaś, jedz. - powiedziała ciepłym tonem Karolajn, chwytając filiżankę z kawą. - Wyglądasz jakoś dziwnie. Źle spałeś? - zapytała go. Skołowany Adam nie miał pojęcia co odpowiedzieć. Cały czas wydawało mu się, ze śni. I wcale nie uważał że to zły sen. Czuł się dziwnie swojsko i bezpiecznie. - Nie wiem. Jakoś tak... - odmruknął jej nieskładnie i uśmiechnął się. Kobieta odwzajemniła uśmiech odsłaniając piękne zęby i pocałowała go. Ciepło rozeszło się od warg po całym ciele Adama. Mózg niestrudzenie produkował serotoninę. Adam
chwycił Karolajn za rękę i wybiegli z domu. Słońce było dokładnie na środku nieba, pięknie rozrzucając promienie po całym miasteczku, mimo faktu, ze kilka chwil wcześniej był wczesnych ranek. Adam zdawał się nie zauważyć tego faktu. Uśmiechając się do wszystkich ludzi biegł pół kroku przed Karolajn. Nigdy wcześniej nie był w tym mieście, ale wszystkie miejsca dokładnie znał i wiedział dokąd biegnie. Usiedli na ławce pod starym dębem dysząc z wysiłku i uśmiechając się do siebie. W tym momencie to Karolajn przejęła inicjatywę. - Kocham cię. - powiedziała do Adama patrząc prosto w jego niebieskie oczy. - Kocham cię i chciałabym, żebyś został tu ze mną. Czy ty również mnie kochasz i zostaniemy tu razem już na zawsze? -jej spojrzenie świdrowało jego czaszkę. Czuł ból z tyłu głowy, ale wiedział jaka jest odpowiedź. - Tak! - wyszeptał do niej, i przytulił mocno do siebie.
Doktorze! Tracimy go!- krzyczała pielęgniarka oiomu. Na oddziale zapanował zgiełk. Dźwięki defibrylatora. Po kilkunastu minutach już tylko długi, jednostajny dźwięk EKG, świdrował uszy obecnym przy reanimacji.
Zakupy postaw na stole w kuchni i chodź do mnie na górę. - usłyszał znowu głos kobiety. Głos, który działał kiedyś jak balsam na jego serce. Zdjął buty, postawił zakupy na stole i powoli wszedł po schodach, nie wiedząc czego się może spodziewać. Znalazł ja w garderobie przy sypialni. Wyglądała inaczej niż ją zapamiętał od ostatniego spotkania. Wyglądała łagodnie i była piękna jak zawsze. W czym ci mogę pomoc kotku? - słowa same wyszły mu z ust. -Chciałam żebyś zapiał mi sukienkę - odpowiedziała słodkim tonem Karolajn. Adam podszedł do niej i szybkim ruchem ręki zapiął zamek. Odwróciła się do niego przodem i poraziła promienistym uśmiechem. Wyglądała niesamowicie. W zwykłej niewyjściowej sukieneczce. Był pewien, że tylko ona może wyglądac nieziemsko w tak
bardzo zwykłym ubraniu. -Chodź na dół, zjemy śniadanie - szepnęła mu zalotnie do ucha. Adam zszedł za nią powoli po schodach i przetarł oczy ze zdumienia. Na stole w kuchni przygotowane było śniadanie. Domowe grzanki z masłem i gorąca, parująca kawa. Nie miał pojęcia w jaki sposób to wszystko pojawiło się na stole. Był więcej niż pewien, że jak wchodził na górę, nic takiego tam nie było. Usiedli naprzeciwko siebie. - Jedz Adaś, jedz. - powiedziała ciepłym tonem Karolajn, chwytając filiżankę z kawą. - Wyglądasz jakoś dziwnie. Źle spałeś? - zapytała go. Skołowany Adam nie miał pojęcia co odpowiedzieć. Cały czas wydawało mu się, ze śni. I wcale nie uważał że to zły sen. Czuł się dziwnie swojsko i bezpiecznie. - Nie wiem. Jakoś tak... - odmruknął jej nieskładnie i uśmiechnął się. Kobieta odwzajemniła uśmiech odsłaniając piękne zęby i pocałowała go. Ciepło rozeszło się od warg po całym ciele Adama. Mózg niestrudzenie produkował serotoninę. Adam
chwycił Karolajn za rękę i wybiegli z domu. Słońce było dokładnie na środku nieba, pięknie rozrzucając promienie po całym miasteczku, mimo faktu, ze kilka chwil wcześniej był wczesnych ranek. Adam zdawał się nie zauważyć tego faktu. Uśmiechając się do wszystkich ludzi biegł pół kroku przed Karolajn. Nigdy wcześniej nie był w tym mieście, ale wszystkie miejsca dokładnie znał i wiedział dokąd biegnie. Usiedli na ławce pod starym dębem dysząc z wysiłku i uśmiechając się do siebie. W tym momencie to Karolajn przejęła inicjatywę. - Kocham cię. - powiedziała do Adama patrząc prosto w jego niebieskie oczy. - Kocham cię i chciałabym, żebyś został tu ze mną. Czy ty również mnie kochasz i zostaniemy tu razem już na zawsze? -jej spojrzenie świdrowało jego czaszkę. Czuł ból z tyłu głowy, ale wiedział jaka jest odpowiedź. - Tak! - wyszeptał do niej, i przytulił mocno do siebie.
Doktorze! Tracimy go!- krzyczała pielęgniarka oiomu. Na oddziale zapanował zgiełk. Dźwięki defibrylatora. Po kilkunastu minutach już tylko długi, jednostajny dźwięk EKG, świdrował uszy obecnym przy reanimacji.
poniedziałek, 14 października 2013
Bal Maskowy
Bal maskowy, odbywał się w odrestaurowanym pałacu. Cztery lata temu
znalazł się inwestor, który tchnął życie w zabytkową budowlę. Brus
długo zastanawiał się nad tym czyją tożsamość dzisiaj przyjmie. Wybrał
postać doktora plagi. Czarny długi płaszcz, ptasia maska i czarny
kapelusz i równie czarne rękawiczki. Spojrzał na zegarek. Zabawa się
zaczęła. A więc będzie miał dobre wejście. Wyszedł z mieszkania i
szybkim ruchem ręki przywołał taksówkę. Kierowca zatrzymał się
gwałtownie. Brus wszedł do samochodu i w lusterku zauważył uśmiech
taksówkarza. Wiedział, że nie musi mówić gdzie jedzie. Był pewien, że
ten taksówkarz już kilka razy kursował pod pałac, przewożąc gości balu,
w najróżniejszych strojach. Nie pomylił się.
- Wyjątkowo ciekawy kostium - powiedział taksówkarz odwracając się do Brusa. - Wiozłem dzisiaj kilka panien w maskach weneckich, dwóch Zorro i Spajdermena. Pański kostium to zupełne inna liga.
- Dziękuje. - Krótko odpowiedział Brus, nie mając ochoty na żadne rozmowy z taksówkarzem.
Ten jakby zrozumiał, bo nie powiedział już nic więcej. Ruszył z piskiem opon i traktując ograniczenia prędkości raczej jako sugestie, pognał w stronę pałacu. Kiedy dojechali, przed pałacem nie było nikogo, prócz dwóch rosłych ochroniarzy w czarnych uniformach pilnujących otwartych bram pałacu. Brus zapłacił taksówkarzowi za kurs, po czym podszedł do jednego z nich, wręczając wyciągniętą wcześniej kopertę z zaproszeniem. Nie czekając na pozwolenie minął osiłków pozwalając im cieszyć się zawartością koperty we dwoje i wkroczył do szerokiego korytarza. Stąpał po czerwonym dywanie napawając się luksusowym wykończeniem wnętrza. Drzwi do sali balowej otworzył odźwierny. Brus znalazł się na balkonie. Oparł się o marmurową barierkę i rozejrzał po sali pełnej gości. Część z nich tańczyła w takt muzyki granej przez kwartet smyczkowy, a część siedziała przy stole, pośród których lawirowali kelnerzy z tacami pełnymi luksusowych przekąsek. Kiedy już napatrzył się na tańczące pary, zszedł po schodach. Nagle poczuł, że ktoś łapie go za rękę. Odwrócił się i ujrzał kobietę w szafirowej sukni i masce weneckiej. Mimo początkowej chęci, nie zabrał ręki. Kobieta zachichotała i pociągnęła go za sobą z powrotem na górę. Zdezorientowany Brus ruszył za nią. Nie było odwrotu. Kobieta biegła przodem, trzymając jego rękę w mocnym uścisku, któremu Brus z pewnością dał by radę, ale nie chciał zrobić krzywdy nieznajomej. Pobiegli na pierwsze piętro. Kobieta puściła uścisk, zza dekoltu wyjęła stary mosiężny klucz i otworzyła skrzypiące drzwi. Weszła, pociągając Brusa za sobą.
- Usiądź - powiedziała miłym tonem wskazując obity skórą fotel za biurkiem. Brus rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Szykowny gabinet. - odpowiedział, wykonując polecenie nieznajomej. Ta podeszła do szafki, otworzyła drzwiczki i wyjęła butelek starej whisky i dwie szklanki. Nalała zawartość butelki do jednej ze szklanek, którą podała Brusowi. Sama natomiast zaczęła opróżniać butelkę bezpośrednio. Kiedy już zaspokoili pragnienie patrzyli na siebie zza masek. Brus już otwierał usta, kiedy Nieznajoma zapytała: - Pewnie chciałbyś wiedzieć dlaczego tutaj Cię zabrałam, prawda?
- Tak. -odpowiedział jej Brus - Zważając na fakt, ze dopiero przyjechałem i nie zdążyłem nawet zatańczyć.
- Chcesz tańczyć? - możemy zatańczyć tutaj! - odpowiedziała Nieznajoma, podrywając się z miejsca. Szybko podeszła do siedzącego Brusa, podniosła go z fotela i wyprowadziła za biurko. Brus nie zdołał wykrztusić z siebie ani słowa. Mimo, ze ptasi nos nieco mu przeszkadzał, objął Nieznajomą i zaczęli się poruszać w dziwnym tańcu do muzyki, której nie było. Poczuł w nozdrzach zapach jej perfum. Momentalnie zrobiło mu się gorąco i zapragnął tej kobiety, Ona jakby to wyczuła, bo przysunęła się bliżej. Przez chwilę kołysali się nierówno, ocierając o siebie. Po chwili Brus odchylił kawałek maski i zaczął pieścić językiem szyje nieznajomej. Chciał zabrać jej smak i zapach tylko dla siebie. Nieznajoma mruczała z zadowolenia. Brus kontynuował swoje poczynania, kiedy Nieznajoma odwróciła się do niego plecami i położyła jego rękę na swoim dekolcie. Teraz całował jej szyję raz po raz ugniatając pierś Nieznajomej. Oboje dyszeli ciężko z porządania. Początkowo podniecające maski szybko zaczęły przeszkadzać. Brus zdjął maskę nieznajomej, a ona jemu. Była piękną kobietą o jasnych mieniących się włosach zmieniających kolor przy różnym świetle. Delikatny makijaż podkreślał jej urodę. Na policzku pieprzyk dodający pikanterii. Szminka o bladoróżowej barwie zdradzała drżenie ust. Stali tak naprzeciwko siebie obserwując z pożądaniem. Zaczęli się całować. Nagle i zachłannie, jak gdyby na jakiś tajemny znak. Brus dotykał otwartą dłonią policzków nieznajomej, drugą natomiast przytrzymywał plecy. Kiedy oderwali od siebie usta, kobieta patrząc Brusowi w oczy, jedną ręką podciągnęła sukienkę do góry, drugą natomiast położyła na głowie i delikatnie przycisnęła do ziemi. Brus zrozumiał co nieznajoma ma na myśli i uklęknął przed nią wchodząc pod sukienkę. Dotykał delikatnie jej drżące uda. Kiedy zbliżał się do jej kwiatu kobiecości, Nieznajomej ugięły się kolana. Brus wstał, i posadził kobietę na biurku i ponownie zniżył się przed nią. Nieznajoma dyszała z podniecenia, kiedy Brus sprawiał jej przyjemność. Po kilkunastu minutach dobiegł ich dźwięk wystrzału z sali balowej, a następnie krzyki zebranych gości. I kolejne strzały. Brus zerwał się z kolan, nieznajoma podciągnęła majtki, poprawiła suknie, i wybiegła za Brusem. Teraz on trzymał ją za rękę. I biegnąc w stronę korytarza, przeklinał się w myślach, ze nie wziął własnego samochodu. Ale nie przyjechał przecież na strzelaninę, tylko na bal, na którym nie zamierzał żałować sobie alkoholu. Już prawie uznał się za rozgrzeszonego, kiedy usłyszał zbliżające się ciężkie kroki i krzyki jakiegoś mężczyzny. Przyspieszył bieg, nie zważając na to, że Nieznajoma ledwo daje sobie radę przez sukienkę i znikli za zakrętem. Przysunął kobietę do siebie. Dyszała głośno, zamknął jej usta pocałunkiem i nasłuchiwał. Mężczyzna wszedł do pomieszczenia w którym przed chwilą byli. Do pomieszczenia, w którym została otwarta butelka whisky, dwie szklanki i zapach seksu. Brus wiedział, że mężczyzna nie zakończył poszukiwań. Nie zamierzał dać mu siebie i pięknej nieznajomej na tacy, więc cały czas trzymając ją za rękę pobiegli dalej korytarzem. Z sali balowej słychać było kolejne strzały. Terrorystów było więcej. Para kochanków ujrzała przed sobą schody. Byli w pułapce. Musieli wbiec na górę. Dziewczyna ledwo biegła, dlatego kiedy dobiegali do ostatniego piętra postanowili nieco zwolnić. Nie słyszeli za sobą kroków, ale wiedzieli, że mężczyzna będzie ich szukał. Brus stanął pod ścianą nasłuchując dźwięków z sali balowej. Słychać było tylko niewyraźne krzyki pełne nienawiści i strzały. Dużo strzałów. Brus domyślił się, że zabijają wszystkich. Już nie było słychać wrzasków uciekających gości. Terroryści z pewnością dysponowali listą zaproszonych osób. Byli osaczeni na samej górze pałacu, który zostanie kompleksowo przeszukany przez napastników. Nieznajoma kucnęła i łkała cicho. Brus podszedł do niej.
- Nie martw się. Będzie dobrze. - skrzywił się w myślach, gdy usłyszał co właśnie powiedział. Nawet gdyby się starał, nie mógłby wymyślić nic bardziej sztampowego.
- Nie chce umierać. Czego oni od nas chcą? - zapytała łkając nieznajoma.
- Nie wiem. - odpowiedział zgodnie z prawdą Brus. - Nazywam się Brus, a Ty?- powiedział do niej ocierając łzy z jej policzka.
-Jestem Nansi. - odrzekła, układając wargi w coś co można było nazwać drobnym uśmiechem.
-A wiec Nansi... Coś wymyśle. - zapewnił ja Brus i zaczął nerwowo rozglądać się po korytarzu. Kiedy nic nie znalazł, zakradł się do okna. Wychylił się niepewnie i zauważył na placu przed pałacem czarną furgonetkę i mężczyznę z dwoma psami, których zajadłe szczekanie gubiło się za szybą. Wtem jakby za dotknięciem boskiego palca, doszedł do pewnego wniosku. Rozejrzał się po korytarzu, jakby szukając potwierdzenia.
Kucnął obok Nansi, popatrzył jej w oczy i powiedział. - Tak jak Ci obiecałem. Wymyśliłem coś. Widzisz tą ścianę? - zapytał wskazując na krańcową ścianę w całości pokrytą czerwoną tapetą w kwiecisty motyw. Dziewczyna kiwnęła nieznacznie głową. Brus Kontynuował. - Z okna widać, że za tą ściana coś jeszcze jest. Zauważ, ze na piętrze na którym byliśmy było sześc pokoi. Nie znam się na architekturze, ale sadze, ze jest tak na każdym piętrze. A tutaj jednych drzwi jakby brakowało. Właśnie za tą ścianą! - ekscytował się. Podniósł kobietę z ziemi, podszedł do okna i upewniając się, że mężczyzna z psami zniknął w otaczającym pałac lesie, otworzył okno i wychylił sie, na ile tylko mógł. Spojrzał z boku. Miał racje. Za ściana było jakieś pomieszczenie, które miało okno wyprowadzone na tą stronę. Zawołał cicho dziewczynę do siebie. Stanął na parapecie i balansując ciałem przesunął się po gzymsie do sąsiedniego okna. Stare okno nie było domknięte, za co Brus podziękował w duchu pracującym tu niedawno robotnikom. Kiedy je otwierał, zdał sobie sprawę, ze okno nie było wymienione. Stare, z łuszczącą się farbą. Zdziwiony rozchylił lewe skrzydło i wsunał się do pomieszczenia. Nansi stała już na parapecie kiedy wychylił się, żeby podać jej dłoń.
- Postaraj się przymknąć okno od zewnątrz - powiedział jej. - Nie mogą nas znaleźć. To nasza szansa. - dziewczyna skinęła głową na znak, że zrozumiała. Przymknęła okno, na tyle ile mogła bez zgniatania sobie palców i wsunęła się zgrabnie do pomieszczenia. Dopiero teraz oboje spostrzegli się, że na zewnątrz niebo pociemniało, i nic nie widać. Brus wyciągnął z kieszeni spodni telefon komórkowy i oświetlił pomieszczenie w którym się znajdowali. Wypełnione było resztkami materiałów budowlanych i śmieciami po robotnikach. Brus wyciągnął stertę kartonów, i zaimprowizował legowisko. Zza worka po cemencie wyciągnął folie malarską i nakrył nią leżącą juz Nansi. Sprawdził zasięg w telefonie. Jedna kreska. Zadzwonił na policję i opowiedział co się zdarzyło, nie zdradzając swojego miejsca ukrycia. Funkcjonariusz przyjął zawiadomienie i rozłączył się. Brus wsunął się pod folię, objął Nancy męskim ramieniem i razem starali się usnąć, zabijając w żołądku strach. Po kilku godzinach snu obudził ich dźwięk lecącego nisko helikoptera i wystrzały. Na zewnątrz trwała regularna strzelanina. Wyły policyjne syreny. Brus nie wiedział ile trwała krwawa jatka, jednak strzały momentalnie ustały.
Brus ucieszył się w myślach, patrząc na śpiącą Nansi, ze w końcu podwójne loże się do czegoś przydało. Byli u niego w mieszkaniu. Po zakończonej akcji policji wyszli z ukrycia i zostali odwiezieni na adres wskazany przez Brusa. Od policjantów dowiedzieli się, ze wszyscy goście balu zginęli. Terroryści dali szansę ucieczki jedynie obsłudze i muzykom. Jak przyznał policjant, masakra została zorganizowana przez jakiś odłam bojówki lewicowej, która walczyła o równość majątkową, nienawidząc wszystkich, którzy zarabiali powyżej średniej. A brus zarabiał dwa razy co średnia. Delikatny pocałunek na policzku wyrwał Brusa z zamyślenia. Nansi już się obudziła i obsypywała go swoimi delikatnymi pocałunkami. Brus odwrócił się do niej i odwzajemnił pocałunek.
- Idę zrobić kawę, chcesz? - zapytał Nansi, w przerwie między pocałunkami.
- Chętne - odpowiedziała mu. - a ja pójdę do łazienki się odświeżyć.
Wstała z łóżka i całkiem naga udała się do łazienki. Brus miał duże mieszkanie, przez co mógł dosyć długo wpatrywać się z zadowoleniem w kołyszącą się pupę Nansi. Kiedy zniknęła za drzwami, Brus zaczął majstrować przy ekspresie. Błyszczący, stalowy ekspres wart wiele dolarów. I kiedy wybierał rodzaj kawy, zauważył czyjeś odbicie z swoimi plecami na powierzchni ekspresu. Odwrócił się gwałtownie i jedyne co zobaczył to kierowca taksówki, którą jechał na bal. Taksówkarz szybko pozbawił go przytomności. Brus gruchnął na ziemię. - Wszystkich was.. - zamruczał pod nosem mężczyzna, ciągnąc Brusa po podłodze i kładąc obok łóżka. - Wszystkich was skurwysynów zapierdole kurwa na amen!- Jedno uderzenie młotkiem po drugim spadało na czaszkę Brusa, roztrzaskując ja i rozbryzgując krew i mózg na biały dywan. - Wszystkich! Powiedział sam do siebie, dysząc. Wstał powoli i ruszył w kierunku łazienki...
- Wyjątkowo ciekawy kostium - powiedział taksówkarz odwracając się do Brusa. - Wiozłem dzisiaj kilka panien w maskach weneckich, dwóch Zorro i Spajdermena. Pański kostium to zupełne inna liga.
- Dziękuje. - Krótko odpowiedział Brus, nie mając ochoty na żadne rozmowy z taksówkarzem.
Ten jakby zrozumiał, bo nie powiedział już nic więcej. Ruszył z piskiem opon i traktując ograniczenia prędkości raczej jako sugestie, pognał w stronę pałacu. Kiedy dojechali, przed pałacem nie było nikogo, prócz dwóch rosłych ochroniarzy w czarnych uniformach pilnujących otwartych bram pałacu. Brus zapłacił taksówkarzowi za kurs, po czym podszedł do jednego z nich, wręczając wyciągniętą wcześniej kopertę z zaproszeniem. Nie czekając na pozwolenie minął osiłków pozwalając im cieszyć się zawartością koperty we dwoje i wkroczył do szerokiego korytarza. Stąpał po czerwonym dywanie napawając się luksusowym wykończeniem wnętrza. Drzwi do sali balowej otworzył odźwierny. Brus znalazł się na balkonie. Oparł się o marmurową barierkę i rozejrzał po sali pełnej gości. Część z nich tańczyła w takt muzyki granej przez kwartet smyczkowy, a część siedziała przy stole, pośród których lawirowali kelnerzy z tacami pełnymi luksusowych przekąsek. Kiedy już napatrzył się na tańczące pary, zszedł po schodach. Nagle poczuł, że ktoś łapie go za rękę. Odwrócił się i ujrzał kobietę w szafirowej sukni i masce weneckiej. Mimo początkowej chęci, nie zabrał ręki. Kobieta zachichotała i pociągnęła go za sobą z powrotem na górę. Zdezorientowany Brus ruszył za nią. Nie było odwrotu. Kobieta biegła przodem, trzymając jego rękę w mocnym uścisku, któremu Brus z pewnością dał by radę, ale nie chciał zrobić krzywdy nieznajomej. Pobiegli na pierwsze piętro. Kobieta puściła uścisk, zza dekoltu wyjęła stary mosiężny klucz i otworzyła skrzypiące drzwi. Weszła, pociągając Brusa za sobą.
- Usiądź - powiedziała miłym tonem wskazując obity skórą fotel za biurkiem. Brus rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Szykowny gabinet. - odpowiedział, wykonując polecenie nieznajomej. Ta podeszła do szafki, otworzyła drzwiczki i wyjęła butelek starej whisky i dwie szklanki. Nalała zawartość butelki do jednej ze szklanek, którą podała Brusowi. Sama natomiast zaczęła opróżniać butelkę bezpośrednio. Kiedy już zaspokoili pragnienie patrzyli na siebie zza masek. Brus już otwierał usta, kiedy Nieznajoma zapytała: - Pewnie chciałbyś wiedzieć dlaczego tutaj Cię zabrałam, prawda?
- Tak. -odpowiedział jej Brus - Zważając na fakt, ze dopiero przyjechałem i nie zdążyłem nawet zatańczyć.
- Chcesz tańczyć? - możemy zatańczyć tutaj! - odpowiedziała Nieznajoma, podrywając się z miejsca. Szybko podeszła do siedzącego Brusa, podniosła go z fotela i wyprowadziła za biurko. Brus nie zdołał wykrztusić z siebie ani słowa. Mimo, ze ptasi nos nieco mu przeszkadzał, objął Nieznajomą i zaczęli się poruszać w dziwnym tańcu do muzyki, której nie było. Poczuł w nozdrzach zapach jej perfum. Momentalnie zrobiło mu się gorąco i zapragnął tej kobiety, Ona jakby to wyczuła, bo przysunęła się bliżej. Przez chwilę kołysali się nierówno, ocierając o siebie. Po chwili Brus odchylił kawałek maski i zaczął pieścić językiem szyje nieznajomej. Chciał zabrać jej smak i zapach tylko dla siebie. Nieznajoma mruczała z zadowolenia. Brus kontynuował swoje poczynania, kiedy Nieznajoma odwróciła się do niego plecami i położyła jego rękę na swoim dekolcie. Teraz całował jej szyję raz po raz ugniatając pierś Nieznajomej. Oboje dyszeli ciężko z porządania. Początkowo podniecające maski szybko zaczęły przeszkadzać. Brus zdjął maskę nieznajomej, a ona jemu. Była piękną kobietą o jasnych mieniących się włosach zmieniających kolor przy różnym świetle. Delikatny makijaż podkreślał jej urodę. Na policzku pieprzyk dodający pikanterii. Szminka o bladoróżowej barwie zdradzała drżenie ust. Stali tak naprzeciwko siebie obserwując z pożądaniem. Zaczęli się całować. Nagle i zachłannie, jak gdyby na jakiś tajemny znak. Brus dotykał otwartą dłonią policzków nieznajomej, drugą natomiast przytrzymywał plecy. Kiedy oderwali od siebie usta, kobieta patrząc Brusowi w oczy, jedną ręką podciągnęła sukienkę do góry, drugą natomiast położyła na głowie i delikatnie przycisnęła do ziemi. Brus zrozumiał co nieznajoma ma na myśli i uklęknął przed nią wchodząc pod sukienkę. Dotykał delikatnie jej drżące uda. Kiedy zbliżał się do jej kwiatu kobiecości, Nieznajomej ugięły się kolana. Brus wstał, i posadził kobietę na biurku i ponownie zniżył się przed nią. Nieznajoma dyszała z podniecenia, kiedy Brus sprawiał jej przyjemność. Po kilkunastu minutach dobiegł ich dźwięk wystrzału z sali balowej, a następnie krzyki zebranych gości. I kolejne strzały. Brus zerwał się z kolan, nieznajoma podciągnęła majtki, poprawiła suknie, i wybiegła za Brusem. Teraz on trzymał ją za rękę. I biegnąc w stronę korytarza, przeklinał się w myślach, ze nie wziął własnego samochodu. Ale nie przyjechał przecież na strzelaninę, tylko na bal, na którym nie zamierzał żałować sobie alkoholu. Już prawie uznał się za rozgrzeszonego, kiedy usłyszał zbliżające się ciężkie kroki i krzyki jakiegoś mężczyzny. Przyspieszył bieg, nie zważając na to, że Nieznajoma ledwo daje sobie radę przez sukienkę i znikli za zakrętem. Przysunął kobietę do siebie. Dyszała głośno, zamknął jej usta pocałunkiem i nasłuchiwał. Mężczyzna wszedł do pomieszczenia w którym przed chwilą byli. Do pomieszczenia, w którym została otwarta butelka whisky, dwie szklanki i zapach seksu. Brus wiedział, że mężczyzna nie zakończył poszukiwań. Nie zamierzał dać mu siebie i pięknej nieznajomej na tacy, więc cały czas trzymając ją za rękę pobiegli dalej korytarzem. Z sali balowej słychać było kolejne strzały. Terrorystów było więcej. Para kochanków ujrzała przed sobą schody. Byli w pułapce. Musieli wbiec na górę. Dziewczyna ledwo biegła, dlatego kiedy dobiegali do ostatniego piętra postanowili nieco zwolnić. Nie słyszeli za sobą kroków, ale wiedzieli, że mężczyzna będzie ich szukał. Brus stanął pod ścianą nasłuchując dźwięków z sali balowej. Słychać było tylko niewyraźne krzyki pełne nienawiści i strzały. Dużo strzałów. Brus domyślił się, że zabijają wszystkich. Już nie było słychać wrzasków uciekających gości. Terroryści z pewnością dysponowali listą zaproszonych osób. Byli osaczeni na samej górze pałacu, który zostanie kompleksowo przeszukany przez napastników. Nieznajoma kucnęła i łkała cicho. Brus podszedł do niej.
- Nie martw się. Będzie dobrze. - skrzywił się w myślach, gdy usłyszał co właśnie powiedział. Nawet gdyby się starał, nie mógłby wymyślić nic bardziej sztampowego.
- Nie chce umierać. Czego oni od nas chcą? - zapytała łkając nieznajoma.
- Nie wiem. - odpowiedział zgodnie z prawdą Brus. - Nazywam się Brus, a Ty?- powiedział do niej ocierając łzy z jej policzka.
-Jestem Nansi. - odrzekła, układając wargi w coś co można było nazwać drobnym uśmiechem.
-A wiec Nansi... Coś wymyśle. - zapewnił ja Brus i zaczął nerwowo rozglądać się po korytarzu. Kiedy nic nie znalazł, zakradł się do okna. Wychylił się niepewnie i zauważył na placu przed pałacem czarną furgonetkę i mężczyznę z dwoma psami, których zajadłe szczekanie gubiło się za szybą. Wtem jakby za dotknięciem boskiego palca, doszedł do pewnego wniosku. Rozejrzał się po korytarzu, jakby szukając potwierdzenia.
Kucnął obok Nansi, popatrzył jej w oczy i powiedział. - Tak jak Ci obiecałem. Wymyśliłem coś. Widzisz tą ścianę? - zapytał wskazując na krańcową ścianę w całości pokrytą czerwoną tapetą w kwiecisty motyw. Dziewczyna kiwnęła nieznacznie głową. Brus Kontynuował. - Z okna widać, że za tą ściana coś jeszcze jest. Zauważ, ze na piętrze na którym byliśmy było sześc pokoi. Nie znam się na architekturze, ale sadze, ze jest tak na każdym piętrze. A tutaj jednych drzwi jakby brakowało. Właśnie za tą ścianą! - ekscytował się. Podniósł kobietę z ziemi, podszedł do okna i upewniając się, że mężczyzna z psami zniknął w otaczającym pałac lesie, otworzył okno i wychylił sie, na ile tylko mógł. Spojrzał z boku. Miał racje. Za ściana było jakieś pomieszczenie, które miało okno wyprowadzone na tą stronę. Zawołał cicho dziewczynę do siebie. Stanął na parapecie i balansując ciałem przesunął się po gzymsie do sąsiedniego okna. Stare okno nie było domknięte, za co Brus podziękował w duchu pracującym tu niedawno robotnikom. Kiedy je otwierał, zdał sobie sprawę, ze okno nie było wymienione. Stare, z łuszczącą się farbą. Zdziwiony rozchylił lewe skrzydło i wsunał się do pomieszczenia. Nansi stała już na parapecie kiedy wychylił się, żeby podać jej dłoń.
- Postaraj się przymknąć okno od zewnątrz - powiedział jej. - Nie mogą nas znaleźć. To nasza szansa. - dziewczyna skinęła głową na znak, że zrozumiała. Przymknęła okno, na tyle ile mogła bez zgniatania sobie palców i wsunęła się zgrabnie do pomieszczenia. Dopiero teraz oboje spostrzegli się, że na zewnątrz niebo pociemniało, i nic nie widać. Brus wyciągnął z kieszeni spodni telefon komórkowy i oświetlił pomieszczenie w którym się znajdowali. Wypełnione było resztkami materiałów budowlanych i śmieciami po robotnikach. Brus wyciągnął stertę kartonów, i zaimprowizował legowisko. Zza worka po cemencie wyciągnął folie malarską i nakrył nią leżącą juz Nansi. Sprawdził zasięg w telefonie. Jedna kreska. Zadzwonił na policję i opowiedział co się zdarzyło, nie zdradzając swojego miejsca ukrycia. Funkcjonariusz przyjął zawiadomienie i rozłączył się. Brus wsunął się pod folię, objął Nancy męskim ramieniem i razem starali się usnąć, zabijając w żołądku strach. Po kilku godzinach snu obudził ich dźwięk lecącego nisko helikoptera i wystrzały. Na zewnątrz trwała regularna strzelanina. Wyły policyjne syreny. Brus nie wiedział ile trwała krwawa jatka, jednak strzały momentalnie ustały.
***
Brus ucieszył się w myślach, patrząc na śpiącą Nansi, ze w końcu podwójne loże się do czegoś przydało. Byli u niego w mieszkaniu. Po zakończonej akcji policji wyszli z ukrycia i zostali odwiezieni na adres wskazany przez Brusa. Od policjantów dowiedzieli się, ze wszyscy goście balu zginęli. Terroryści dali szansę ucieczki jedynie obsłudze i muzykom. Jak przyznał policjant, masakra została zorganizowana przez jakiś odłam bojówki lewicowej, która walczyła o równość majątkową, nienawidząc wszystkich, którzy zarabiali powyżej średniej. A brus zarabiał dwa razy co średnia. Delikatny pocałunek na policzku wyrwał Brusa z zamyślenia. Nansi już się obudziła i obsypywała go swoimi delikatnymi pocałunkami. Brus odwrócił się do niej i odwzajemnił pocałunek.
- Idę zrobić kawę, chcesz? - zapytał Nansi, w przerwie między pocałunkami.
- Chętne - odpowiedziała mu. - a ja pójdę do łazienki się odświeżyć.
Wstała z łóżka i całkiem naga udała się do łazienki. Brus miał duże mieszkanie, przez co mógł dosyć długo wpatrywać się z zadowoleniem w kołyszącą się pupę Nansi. Kiedy zniknęła za drzwami, Brus zaczął majstrować przy ekspresie. Błyszczący, stalowy ekspres wart wiele dolarów. I kiedy wybierał rodzaj kawy, zauważył czyjeś odbicie z swoimi plecami na powierzchni ekspresu. Odwrócił się gwałtownie i jedyne co zobaczył to kierowca taksówki, którą jechał na bal. Taksówkarz szybko pozbawił go przytomności. Brus gruchnął na ziemię. - Wszystkich was.. - zamruczał pod nosem mężczyzna, ciągnąc Brusa po podłodze i kładąc obok łóżka. - Wszystkich was skurwysynów zapierdole kurwa na amen!- Jedno uderzenie młotkiem po drugim spadało na czaszkę Brusa, roztrzaskując ja i rozbryzgując krew i mózg na biały dywan. - Wszystkich! Powiedział sam do siebie, dysząc. Wstał powoli i ruszył w kierunku łazienki...
Subskrybuj:
Posty (Atom)